mirosława kareta

"Droga"

30/04/2015 - Read 784 times
W ciepły majowy wieczór – nie byle jaki, ale w samego trzeciego maja – Maria siedziała przed telewizorem z wyłączonym dźwiękiem i upijała się na smutno. Okazja była podwójna – dzień uchwalenia pierwszej w Europie konstytucji oraz jej własne urodziny. Za oknem wyludnione miasto układało się do snu, w sąsiednim pokoju mama słuchała Sonaty Księżycowej, a Maria nalewała sobie drugi kieliszek białego wina i zagryzała oliwką z migdałem.

Był jeden szczególny powód, dla którego Maria w tym roku nie była w stanie na trzeźwo przeżyć swojej rocznicy. Wiedziała, że to nie są zwykłe urodziny. Miała przekroczyć jakąś ważną granicę. Czuła, że coś się wydarzy.

Trzydzieści lat temu, gdy dopiero wchodziła w życie – młoda, piękna i kochana – ktoś ze znajomych, dawno już zapomniała kto, zaprosił ją na przyjęcie u Gizeli Winiarskiej. Owiana legendą krakowska „widząca” wzięła ją za rękę i trzymała przez chwilę, potem – kręcąc głową – obejrzała wnętrze jej lewej dłoni.

– O – mruknęła do siebie, jakby nieco zaskoczona. – Rozdwojona linia życia.

To powiedziawszy zostawiła Marię i popadła w zamyślenie, popijając jakieś ziółka z porcelanowej filiżanki. Wydawało się, że nic więcej nie powie, po długim czasie jednak, gdy Maria – nie mogąc się pozbyć dziwnego drżenia w sercu – już zbierała się do wyjścia, Gizela dokończyła swoją wróżbę.

– Wszystko będzie dobrze, dziecko, nic się nie bój – powiedziała jej na pożegnanie. – Zostałaś obdarowana jak mało kto, więc ciesz się tym i żyj! Dopiero gdy skończysz pięćdziesiątkę, staniesz na rozdrożu… Dwie drogi przed tobą, a linia życia przecież jedna… Czeka cię wielka zmiana. Wielka.

Mirosława Kareta

W ciepły majowy wieczór – nie byle jaki, ale w samego trzeciego maja – Maria siedziała przed telewizorem z wyłączonym dźwiękiem i upijała się na smutno. Okazja była podwójna – dzień uchwalenia pierwszej w Europie konstytucji oraz jej własne urodziny. Za oknem wyludnione miasto układało się do snu, w sąsiednim pokoju mama słuchała Sonaty Księżycowej, a Maria nalewała sobie drugi kieliszek białego wina i zagryzała oliwką z migdałem.

Przywykła już do tego, że jej urodziny przypadały w święto narodowe. Ta data dodawała splendoru także jej istnieniu. Tak sobie przynajmniej wmawiała ostatnimi laty, gdy wszyscy wokół pakowali manatki i w pośpiechu wyjeżdżali na majówkę, a ona, zazwyczaj w samotności, zaczynała swój kolejny rok. Cicho, bez wielkiej fety i celebracji, dość już bowiem było wszędzie – jej zdaniem – flag, defilad, pikników i medialnego hałasu, związanych z trzecim maja.

W tym roku jednak rocznica była wyjątkowa. Maria kończyła pięćdziesiąt lat. Wielkość, okrągłość i majestat tej liczby przytłaczały ją od samego rana i wyciskały łzy z oczu.

Już dzień wcześniej, w drodze z pracy do domu, wstąpiła do supermarketu, w którym zwykle kupowała tanie i dobre wina. Pełna wyrzutów sumienia, z nisko spuszczoną głową, unikając nawet wzroku sprzedawczyni, włożyła do koszyka trzy butelki. Wiedziała, że nie powinna. Od wina robiły się jej czerwone plamy na twarzy, wątrobowe przebarwienia na dłoniach i worki pod oczami. Po wypiciu kilku kieliszków na dobranoc, następnego dnia miała uczucie dziwnej pustki w głowie, tak jakby od alkoholu kurczył się jej mózg.

Co gorsza, inni także o tym wszystkim wiedzieli. Maria zdawała sobie sprawę, że młodsi koledzy w pracy szepczą po kątach i wyśmiewają jej słabość. Mimo to nie potrafiła przestać.

***

Był też jeden szczególny powód, dla którego Maria w tym roku nie była w stanie na trzeźwo przeżyć swojej rocznicy. Wiedziała, że to nie są zwykłe urodziny. Miała przekroczyć jakąś ważną granicę. Czuła, że coś się wydarzy.

Trzydzieści lat temu, gdy dopiero wchodziła w życie – młoda, piękna i kochana – ktoś ze znajomych, dawno już zapomniała kto, zaprosił ją na przyjęcie u Gizeli Winiarskiej. Maria zapamiętała stare, ciemne mieszkanie pod numerem 50 w kamienicy przy ulicy Kościuszki, święte obrazy na ścianach, zapach kurzu, świec  i wielkiej ilości kwiatów, smak cytrusów oraz słodkiego wina, którym popijano sernik z ekskluzywnej wówczas cukierni przy hotelu Cracovia. Zapamiętała elegancką starszą panią około dziewięćdziesiątki, tłum gości kłębiący się po mieszkaniu i sporą gromadę domowych zwierząt. A także siebie, przejętą i zelektryzowaną myślą, że oto znalazła się u owianej legendą krakowskiej „widzącej”. Gdyż określenia „wróżka” Gizela Winiarska nie znosiła najserdeczniej na świecie.

Kogo tam nie było! Przez mieszkanie przelewał się tłum ludzi. Artyści, dziennikarze, dostojni profesorowie i zarośnięci studenci, członkowie palestry, lekarze, nawet jakiś menel z Salwatora oraz jeden ksiądz, gdyż Gizela miała znajomych i wielbicieli  w każdym wieku i z każdej sfery. Ale to właśnie Maria, zupełnie jej nieznana, zwróciła uwagę słynnej chiromantki.

Winiarska wzięła ją za rękę i trzymała przez chwilę, potem – kręcąc głową – obejrzała wnętrze jej lewej dłoni.

– O – mruknęła do siebie, jakby nieco zaskoczona. – Rozdwojona linia życia.

To powiedziawszy zostawiła Marię i popadła w zamyślenie, popijając jakieś ziółka z porcelanowej filiżanki. Wydawało się, że nic więcej nie powie, po długim czasie jednak, gdy Maria – nie mogąc się pozbyć dziwnego drżenia w sercu – już zbierała się do wyjścia, Gizela dokończyła swoją wróżbę.

– Wszystko będzie dobrze, dziecko, nic się nie bój – powiedziała jej na pożegnanie. – Zostałaś obdarowana jak mało kto, więc ciesz się tym i żyj! Dopiero gdy skończysz pięćdziesiątkę, staniesz na rozdrożu… Dwie drogi przed tobą, a linia życia przecież jedna… Czeka cię wielka zmiana. Wielka.

Pięćdziesiątka… Kiedy to będzie!

Maria roześmiała się z ulgą, jeszcze tego samego wieczoru rzuciła w wir zabawy i przygód, był to bowiem czas, gdy – w dobrym towarzystwie – w ciągu jednej nocy potrafiła zaliczyć nawet kilka imprez. Było zgrzebnie, jak to w latach osiemdziesiątych, ale kto chciał, ten żył pełną piersią.

Swojej wróżby jednak nie zapomniała. I z biegiem lat, gdy traciła stopniowo młodość, urodę oraz wielbicieli, gdy w ciągu trzech miesięcy od zdiagnozowania u niego guza mózgu odszedł człowiek, którego uważała za miłość swojego życia, coraz częściej wracała myślami do tamtej przepowiedni. Zaczęła wyglądać tej daty z rosnącym lękiem i… nadzieją.

Wiedziała, że coś się wydarzy. Bała się tej zmiany panicznie i czekała na nią, jak na ocalenie.

***

Owce przetaczały się przez drogę. Beczenie i dźwięk dzwonków niosły się w gęstym od wilgoci powietrzu. Zielone zbocza Pirenejów tonęły we mgle.

Droga wiodła wąskim pasem asfaltu, pomiędzy ogrodzonymi drutem pastwiskami. Maria zatrzymała się przy kamiennym murku. Czuła zapach trawy, ziół, wełny i owczych odchodów. Orzeźwiające powietrze poranka chłodziło jej policzki.

Nagle przez zasłonę chmur przedarł się jakiś zabłąkany promień słońca. Zmrużyła powieki. Białe zabudowania widoczne w dole zalśniły jasnym blaskiem, pofalowane wzgórza wokół zamigotały szmaragdowo, a ponad tym wszystkim otworzyło się błękitne, pełne ciepła i miłości – oko.

***

W sąsiednim pokoju przebrzmiały ostatnie dźwięki płyty z muzyką klasyczną dla kobiet w ciąży, przy której mama zawsze zasypiała, i Maria na chwilę wytężyła słuch. Zawoła czy nie zawoła?

Zawołała.

Przezwyciężając lekkie zawroty głowy wstała z fotela. Opieka nad staruszką, przykutą do łóżka i nie zawsze przebywającą w tej samej co inni czasoprzestrzeni, nie była łatwa ani przyjemna. Mimo to Maria podejmowała ten trud z jakimś przedziwnym samopoświęceniem. Brat, starszy o piętnaście lat i podchodzący zarówno do Marii, jak i do matki z dużym emocjonalnym dystansem, nigdy nie potrafił tego zrozumieć.

Maria była późnym dzieckiem, poczętym przypadkowo, urodzonym w pośpiechu i wychowywanym nieuważnie, traktowanym zawsze jako zjawisko towarzyszące w procesie osiągania przez rodzinę małej stabilizacji. Gdy się urodziła, matka i ojciec pracowali zawodowo, a Bolek wchodził właśnie w wiek dojrzewania i młodzieńczego buntu. Młodsza siostra w hierarchii jego zainteresowań zajmowała mniej więcej to samo miejsce, co gosposia Halinka lub spasiony niemożliwie i wygrzewający się zawsze w fotelu kot Felek.

Od kiedy przestała potrzebować niani i zaczęła w sposób świadomy przeżywać swoje sprawy, Maria chowała się więc sama. Nigdy nie miała o to pretensji do rodziny. Wręcz przeciwnie, ceniła sobie wolność i niezależność, brak zainteresowania rodziców i brata jej życiem duchowym oraz – w szerszym sensie – jej życiem w ogóle. Gdy zaraz po maturze zniknęła z domu na trzy tygodnie, wystarczył jeden krótki telefon znad morza, by uspokoili się i zaprzestali poszukiwań. Radziła sobie zresztą świetnie, maturę zdała śpiewająco, na studia dziennikarskie dostała się bez problemów, w ofertach pracy – i nie tylko pracy – mogła przebierać.  Była ładna i zgrabna, w typie Barbie, jakby to dzisiaj powiedziano, ale uroda nie była jej jedynym atutem. Maria była też zawsze bardzo inteligentna, tryskająca radością życia i inicjatywą, zapalająca się do najbardziej szalonych pomysłów, a także wierna i kochająca.

I to właśnie te ostatnie przymioty – miłość oraz wierność – pozostały w niej nie zmienione przez upływ czasu. Miała wielką potrzebę istnienia dla kogoś, nawet jeśli wymagało to wyrzeczeń i było bolesne. Z braku innych bliskich ludzi, którzy powoli, jeden po drugim, odchodzili z jej życia, obdarzyła pełnią swych uczuć bardzo już starą i zniedołężniałą matkę.

***

Możliwe, że matka Marii w przebłyskach świadomości dziękowała teraz niebu za to późne dziecko, którego pojawienie się wywołało w jej życiu małe trzęsienie ziemi i którego potrzeby, nieokiełznana energia oraz pomysłowość przez lata stanowiły istny dopust boży. Może nie mówiła o tym wprost, ale drobnymi gestami – których brakło w dzieciństwie i młodości Marii – próbowała teraz nawiązać z córką bliższą więź.

– Zmęczona jesteś? – zapytała z najciemniejszego kąta pokoju. Leżała pod ścianą z kilimem, na szerokim łóżku ustawionym tak, by nie przeszkadzało jej światło ulicznych latarni, przykryta pierzyną, gdyż – nawet w najcieplejsze dni – zawsze marzły jej ręce i nogi.

– Troszkę. Ale to nic – Maria zatrzymała się w pewnej odległości. Nie chciała podchodzić bliżej, gdyż wiedziała, że jej oddech trąci alkoholem. Mama zaś miała zawsze bardzo wyczulony węch.

– Popraw mi poduszkę. Strasznie mnie coś kłuje w szyję z prawej strony...

Wstrzymując dech Maria uniosła nieco jej kruche, skurczone ciało i strzepnęła poduszkę. Przejechała palcami po białej poszewce i wyłuskała małe piórko, które przebiło wsyp ostrą dudką i rzeczywiście mogło drapać. Mama opadła na łóżko, ale nie cofnęła rąk, którymi oplatała jej szyję. Pogładziła Marię po twarzy. Dłoń miała suchą i chłodną, małą teraz jak rączka dziecka, ze skórą pomarszczoną, pociętą przez niebieskie żyły i usianą plamami.

– Wszystko dobrze?

– Tak – Maria, ciągle nachylona, w niewygodnej pozycji, usiłowała nadać swojemu głosowi i spojrzeniu przekonujący wyraz.

Nie zamierzała opowiadać mamie o swoich problemach: o nieznośnej sytuacji w pracy, zatapianiu smutku w winie, chowaniu się przed światem, a jednocześnie o wielkim pragnieniu zmiany, które z każdym dniem silniej w niej narastało. A także o lęku, gdy zaczynała sobie wyobrażać, co ta zmiana mogłaby w praktyce oznaczać.

Nigdy zresztą mama nie interesowała się tym, co Maria myśli i co czuje. Teraz, na starość, gdy zaczęła wreszcie o to pytać, trudno było tak po prostu przeskoczyć nad latami milczenia. Zacząć nagle normalnie ze sobą rozmawiać…

Maria poczuła napływające pod powieki łzy, chciała się cofnąć, ale mama nadspodziewanie mocno trzymała ją za szyję.

– Na pewno?

– Tak się boję, że możesz umrzeć!

Sama nie wiedziała, jakim cudem się jej to zdanie wyrwało. Ale skoro już je powiedziała, w jakiś dziwny sposób puściły i inne hamulce, i z oczu Marii popłynęły nagle łzy. A mama, o dziwo, nie cofnęła ręki, choć wcześniej w momentach nagłej bliskości zawsze od niej uciekała.

– Boisz się? – w jej głosie słychać było przede wszystkim zdumienie. – Ty?

Maria pociągnęła nosem i przysiadła na brzegu łóżka, bo zaczynał ją boleć krzyż. Wzruszyła ramionami, nic już nie mówiąc. Nawet gdy umarł ojciec, nie potrafiła ściągnąć maski. Nie usiadły obok siebie, by wspólnie zapłakać. Każda przeżywała swoją żałobę osobno.

– To ja się powinnam bać, co mnie czeka tam, po drugiej stronie – odezwała się znowu mama. – Nie ma co ukrywać… Ale widzisz… jakoś dziwnie się nie lękam. Mam przeczucie, że wszystko będzie dobrze. Tylu ludzi już tam przeszło… Najbliższych… Moje miejsce też jest już tam, wśród nich, nie tutaj…

– Ale ja zostanę sama! – wyrwało się znowu Marii.

Przez chwilę panowała cisza. Obie zastanawiały się nad tym, co właśnie zostało powiedziane.

– Ty należysz ciągle jeszcze do życia – powiedziała mama. – Nie możesz się wycofywać, chować, zamykać… Nigdy taka nie byłaś… Od maleńkiego coś cię pchało do przodu… Wystarczyło tylko uchylić drzwi, a ty już byłaś daleko, na zewnątrz… Do dziś pamiętam, jak cię szukaliśmy na ulicy… Miałaś trzy latka, ubrałaś kalosze na rajtuzy, i poszłaś sobie w świat… Na szczęście Bolek zauważył otwarte drzwi…

Staruszka zachichotała, nawet Maria uśmiechnęła się słabo. Tak, znała tę historię. Znaleźli ją jedną przecznicę dalej, pogrążoną w pogawędce ze stróżem zamiatającym chodnik przed kamienicą. Najedli się trochę strachu, ale mieli potem co opowiadać na okazjonalnych rodzinnych spotkaniach.

– Moja droga już dobiega końca, ale twoja ciągle jeszcze przed tobą… – ciągnęła mama, głosem coraz bardziej nieobecnym i cichym.

W jej słowa wdarł się ostry dzwonek przy drzwiach wejściowych.

***

Bolek wkroczył do mieszkania, jak zawsze szybki, zdecydowany i skupiony na celu. Wręczył jej bukiet czerwonych róż, po jednej na każde dziesięciolecie.

– No, siostra, co się tu będę rozwodził, zdrowia i dobrego humoru – cmoknęli się zdawkowo, a on już ściągał płaszcz.

– Jak mama?

– Nieźle, wyjątkowo jest dzisiaj przytomna. Nawet o moich urodzinach pamiętała! Miała dla mnie prezent, pewnie pani Jola jej kupiła…

Nie słuchał, był już w drodze do łazienki. Pedantycznie umył i wytarł ręce, ruszył do sypialni mamy.

– Mnie też poczęstujesz kieliszkiem wina? – zapytał jeszcze w przelocie, jak zwykle wyprzedzając ją myślą o kilka kroków.

Maria zastanawiała się czasem, jakim cudem ten człowiek, tak doskonale zorganizowany i nie widzący dalej, niż koniec własnego nosa, mógł zostać jednym z najbardziej znanych psychiatrów w Krakowie. Przecież bycie lekarzem, a już w szczególności lekarzem duszy, wymaga wykazania przynajmniej minimalnego zainteresowania pacjentem. Bolek tymczasem kierował się jakimś wewnętrznym mechanizmem, który kazał mu robić rzeczy w ściśle określonym porządku i kolejności. Nie wydawał się zdolny do zwracania uwagi na indywidualne potrzeby kogokolwiek. Nie wiadomo, czy w ogóle był w stanie kogoś wysłuchać, a co dopiero chorego. Marii kojarzył się z robotem i dlatego w towarzystwie brata robiła zawsze dziarską minę i pilnie skrywała wszystkie swoje „duszne bolączki”. Nie chciałaby być leczona przez robota.

– A ty, Mieciu, jak zawsze rozchełstany i bez podkoszulka! – dobiegł z pokoju słaby, gderliwy głos mamy. – Z twoją skłonnością do przeziębień! Dostaniesz kiedyś zapalenia płuc, wspomnisz jeszcze moje słowa!

– Gorąco jest, wiosna… – nawet Bolek nie potrafił odeprzeć jej sugestywnych ataków, kiedy traciła kontakt z rzeczywistością. Jak zwykle wzięła go za swojego młodszego brata, który zmarł wiele lat temu. Była do niego bardzo przywiązana, a on podobno nigdy nie chciał słuchać jej dobrych rad. Teraz obrywało się za to Bolkowi.

– Wiosną rozbierać się trzeba powoli, a jesienią powoli ubierać – mama wygłosiła znaną mądrość ludową i umilkła. Nie wiadomo czemu wujek Mietek –  a raczej Bolek, jawiący się jej w tej roli – zawsze ją drażnił.

– Tak. Będę o tym pamiętał. A ty jak się dzisiaj miewasz?

– Spać mi się chce – burknęła, bezskutecznie próbując się odwrócić na bok, twarzą do ściany. Bolek pomógł jej zmienić pozycję, okrył plecy pierzyną i wycofał się z pokoju.

– I tyle razy ci mówiłam, żebyś się ogolił! Bo drapiesz! – pobiegło jeszcze w ślad za nim.

– Znowu jest w złym humorze – skomentował, kręcąc głową z potępieniem. – Jak ty tu wytrzymujesz? Mogę jej załatwić miejsce w najlepszym domu starców w Małopolsce! Będziesz ją odwiedzać, kiedy tylko zechcesz, a odpadnie ci zmienianie pampersów i wysłuchiwanie tych ciągłych pretensji…

Maria podała mu kieliszek z winem i podsunęła miseczkę z oliwkami.

– Znasz już moje zdanie – powiedziała znużona, siadając znowu w fotelu. – Poza tym, wobec mnie ona się nigdy tak nie zachowuje…

Wzruszył ramionami i padł na sofę. Przeżuwał oliwki z nieobecnym wyrazem twarzy, coś tam sobie układając w głowie. Może plan zajęć na jutro.

Maria zastanawiała się czasem, jak to się dzieje, że podczas jego wizyt matka tak często odpływa w alternatywną rzeczywistość. Przecież jeszcze przed chwilą była zupełnie przytomna, rozmawiały ze sobą tak, jak chyba jeszcze nigdy w życiu…

„A może ona specjalnie to robi?” – przyszła jej nagle do głowy zdumiewająca myśl.

Uważniej spojrzała na brata. Mocno już posiwiały, z krótką brodą i przenikliwym spojrzeniem jasnych oczu pod pobrużdżonym czołem. Kiedy na kogoś patrzył, wydawało się, że rozbiera go w myślach na czynniki pierwsze, kataloguje i opisuje w mózgu wszystkie części, a potem obmyśla, jak złożyć go na nowo, by uzyskać lepszy funkcjonalnie efekt.  

„Może demencja mamy jest tylko zasłoną? Chowa się przed nim w ten sposób, bo nie chce być – tak jak i ja bym nie chciała! – obnażona, bezbronna i zdana na jego łaskę. On przecież nie widzi w niej człowieka, tylko pacjenta, kolejny trudny przypadek…”

W milczeniu popijali wino, po kwadransie brat poderwał się z miejsca.

– No, to raz jeszcze, spełnienia marzeń!

Porwał płaszcz z wieszaka i, nie zaglądając już więcej do sypialni matki, zbiegł po schodach.

Maria zamknęła za nim drzwi, powstrzymując się z trudem, by nimi nie trzasnąć. Wróciła do pokoju i nalała sobie znowu wina. Niech go dunder świśnie z takimi życzeniami!

***

Zdenerwowała się nie dlatego, że nie miała marzeń.

Wręcz przeciwnie, zawsze śniła na jawie i większość z tych snów się jej spełniła. Kochała jak wariatka i tak samo była kochana, miała szuflady pełne biżuterii, ubierała się w Paryżu, Wiedniu i Mediolanie, jeździła czerwonym porsche, zagrała nawet w filmie, a jej akt ze studenckich czasów został sprzedany w Stanach za jakąś zawrotną kwotę. Poznała osobiście tylu sławnych i wybitnych ludzi, że nawet sama już nie pamiętała wszystkich tych nazwisk. Zwiedziła cały świat w towarzystwie ukochanego mężczyzny, przed którym wiele drzwi w kraju i za granicą stało otworem.

Mogłaby spokojnie uznać za swoje motto słowa Daniela Avery z filmu „The Way":

Życia się nie wybiera. Życie się przeżywa.

Jej życie było ciekawe i bogate, a ona czerpała z niego pełnymi garściami. Ale czegoś w nim jednak zabrakło. I gdy wszystko tak dramatycznie zmieniło się w ciągu kilku ostatnich lat, nie tęskniła – o dziwo! – za tamtą minioną feerią barw, wrażeń i blasku. One trwały ciągle, schowane gdzieś w jej pamięci, i wracała do nich niekiedy w gorszych chwilach. Zdarzało się to jednak coraz rzadziej. Czuła natomiast wyraźnie, że zupełnie inna część jej osoby pozostaje w uśpieniu i że pora już najwyższa, aby ją obudzić. Musiała sięgnąć w głąb siebie i odkryć to, o czego istnieniu przez lata nawet nie miała pojęcia.

Zaczęła wybiegać myślą w nieznane – w miejsca, w których jeszcze nie była i doświadczenia, jakich jeszcze nie miała. Film „The Way” był dla niej prawdziwą inspiracją.

W wieku pięćdziesięciu lat Marii zostało tylko jedno wielkie i ciągle nie spełnione marzenie. W jego urzeczywistnieniu mógłby pomóc właśnie brat, gdyby zechciał na sześć tygodni przejąć opiekę nad matką. Już kilkakrotnie Maria zaczynała rozmowę na ten temat i zawsze otrzymywała krótką i zwięzłą odpowiedź: dom starców.

Potrzebowała tych sześciu tygodni, gdyż chciała choć raz w życiu przejść Drogę Świętego Jakuba – od Saint-Jean-Pied-de-Porte do Composteli.

***

Popielate chmury wisiały nisko na niebie, gdy wybierała się rano do pracy. Maria przez chwilę studiowała krajobraz za oknem, po czym nałożyła płaszcz i półbuty, a do torby wsunęła parasolkę. A jeszcze wczoraj było tak ciepło i słonecznie! Maj bywał nieprzewidywalny.

Mama drzemała w swoim pokoju, a pani Jola działała już w kuchni, szykując jej śniadanie.

– Tym razem nikt nawet nie zauważy, że sobie poszłam – pomyślała Maria, zamykając cicho drzwi.

Nie czuła się dużo dojrzalsza niż ta trzyletnia dziewczynka, która kiedyś wyruszyła z tego samego mieszkania na swoją wielką, odkrywczą wyprawę. Niż osiemnastolatka, wybiegająca ze spakowanym naprędce plecakiem, by zdążyć na pociąg do Kołobrzegu. Niż studentka, rzucająca się głową do przodu w każdy nowy dzień, cokolwiek by on ze sobą niósł, pewna, że przyniesie tylko dobre i wspaniałe rzeczy. Czuła się tylko dużo, dużo starsza.

Schodząc po schodach zerknęła na wnętrze swojej lewej dłoni. Ostatnio robiła to coraz częściej. Przez moment spoglądała na linię życia, która przy wzgórzu Wenus rozdwajała się nagle. Obie bruzdy łączyły się potem znowu, niemal u końca swojego biegu, w jedną linię. Maria nigdy by nie zwróciła na to uwagi, gdyby nie Gizela Winiarska. Tak odległy był ten dzień, a jednak wydawało się jej, jakby to wczoraj spotkała starą chiromantkę. Kiedy minęło trzydzieści lat?! I dlaczego Gizela nie powiedziała jej wtedy, co ma zrobić, gdy w końcu zbliży się do rozstaju dróg? Tylu ludziom przepowiedziała przyszłość, wdając się w najbardziej nieprawdopodobne szczegóły! Dlaczego jej nie zdradziła, na czym ta wielka zmiana w życiu ma polegać?

Ale Maria nie należała do osób, które by jałowo roztrząsały przeszłość lub przyszłość, bądź płakały nad sprawami, na które i tak nie mają wpływu. Żyła zawsze teraźniejszością i to nie zmieniło się również w chwili, gdy skończyła pięćdziesiąt lat.

– Cokolwiek by to było i tak nadejdzie, jeśli ma nadejść. Pora ruszyć w drogę – mruknęła do siebie, wychodząc na ulicę.

***

„Skandaliczny wybryk chuligański w Krakowie. Dziś o godzinie 7.15 rano, na ulicy Bronowickiej w Krakowie nieznany sprawca rzucił kamieniem w okno tramwaju, rozbijając szybę i raniąc w głowę siedzącą kobietę. Wiadomo, że kamień pochodził rumowiska po wyburzonej kamienicy, jednak sprawcy chuligańskiego wybryku nie udało się zatrzymać. Kobieta została przewieziona do szpitala, jej życiu nie zagraża niebezpieczeństwo. Wypadek spowodował utrudnienia w ruchu. Kursowanie tramwajów na trasie Osiedle Widok - Bagatela zostało wstrzymane na pół godziny”.

Notatkę tej treści odczytano w przedpołudniowych serwisach informacyjnych Radia Tłok. Tak też, mniej więcej, ujęłaby to Maria, gdyby to ona przygotowywała serwisy, a nie znajdowała się właśnie – przypasana do noszy, z krwawiącą raną głowy oraz wieloma drobniejszymi skaleczeniami – w izbie przyjęć w szpitalu, czekając na chirurga, który miał ją zszywać.

Redaktor odpowiedzialny, widząc jej puste biurko, wymamrotał pod nosem kilka grubych przekleństw i pogonił któregoś z praktykantów, by zebrał i opracował najważniejsze informacje z Krakowa oraz okolic. Nieobecność BeBe nie wzbudziła niczyich podejrzeń, zdarzało się jej bowiem z dziwną regularnością spóźniać do pracy po weekendzie i używać potem jako usprawiedliwienia najbardziej nieprawdopodobnych wykrętów.

Toteż – kiedy w południe gruchnęła po redakcji wieść, że Maria miała wypadek w tramwaju i będzie na zwolnieniu przez dłuższy czas – nikt tak do końca nie potrafił w to uwierzyć.

***

– Panie doktorze, pan nie może…!

– Ależ mogę, droga pani, jeszcze jak mogę! Zatrzymuję panią na noc i nie ręczę, że tylko na jedną!

Wymiana zdań odbyła się na oddziale chirurgicznym, gdzie przewieziono Marię na obserwację po opatrzeniu jej ran. Z młodym lekarzem nie było dyskusji, nie zmiękczyły go opowieści o chorej matce i obowiązkach.

– Ma pani jeszcze jakichś innych krewnych, znajomych? No. To proszę zadzwonić do brata, żeby się zajął matką.

Jeszcze czego, żeby ją potem musiała odbierać z domu starców!

– Chcę wyjść na własną odpowiedzialność! – zażądała Maria.

Chirurg spojrzał na nią uważnie, unosząc nieco okulary. Maria wiedziała, że przedstawia sobą makabryczny widok – z opuchniętą i zsiniałą prawą stroną twarzy w miejscu, gdzie ją uderzył kamień, oraz z siateczką drobniejszych skaleczeń – od rozbitej szyby – na głowie, szyi i ramionach. Opatrunki, którymi przykryto głębsze rany, tylko niewiele zmieniały w tym żałosnym obrazie. Przybrała jednak zdecydowaną minę i godną postawę, by nadać wagi swoim słowom – na ile się dało to zrobić z pękającą z bólu czaszką, w szpitalnej piżamie, na łóżku.

Lekarz, choć młody, był jednak przyzwyczajony do takich sytuacji i wiedział, co powiedzieć.

– A, skoro tak, to nic na siłę – oświadczył sucho. – Ale radziłbym się zastanowić. Z takim urazem głowy nigdy nic nie wiadomo. Powikłania mogą się ujawnić nawet po kilku miesiącach. Albo jeszcze dziś w nocy. I kto wezwie pogotowie, gdyby zapadła pani w śpiączkę? Chora matka?

Maria gwałtownie wciągnęła powietrze, bo zabrakło jej tchu.

– Powinniśmy panią poobserwować, wykonać kilka badań. To trochę potrwa, zwłaszcza że akurat dzisiaj zepsuł się tomograf…

Tylko jednym uchem słuchała dalszych słów doktora. Jak żywa stanęła jej przed oczami Gizela Winiarska, ze zmarszczonym czołem przyglądająca się rozdwojonej linii życia na jej lewej dłoni. Wielka zmiana po pięćdziesiątce. Czyżby to właśnie miały oznaczać jej słowa? Śpiączkę? Komplikacje po urazie głowy?

– …jutro, pojutrze… jeśli nic nowego nie wyniknie…

Maria opadła bezsilnie na poduszkę.

– To co, zostaje pani? – lekarz opuścił okulary, pstryknął długopisem i zamarł z ręką znacząco uniesioną nad jej kartą choroby.

Tylko w milczeniu skinęła głową.

***

Droga biegła prosto do góry, pomiędzy drzewami, których cień nie dawał jednak ochłody. Z nieba lał się żar. Głowa pękała jej z bólu, ciężar plecaka naciągał ramiona, w skroni i policzku czuła pulsowanie. Gardło miała spieczone i tęskniła za łykiem czystej wody. Twarz, dekolt i ręce piekły ją, jak przysmażane na żywym ogniu.

Musiała jęczeć, i to głośno.

W pewnej chwili jakiś cień i stłumione światło wdarły się do jej świadomości. Szorstkie, uspokajające słowa. Czyjeś chłodne palce przy nadgarstku, który też bolał, od kiedy wbito w niego wenflon.

Oparła się o pień drzewa, opuściła głowę. Ból zelżał nieco, pragnienie – choć nie piła – powoli ustało.

Muszę wejść na szczyt, potem będzie lżej – to była ostatnia jej świadoma myśl.

Zapadła w długi, ciemny sen bez marzeń.

***

Kiedy następnego dnia rano spojrzała w lustro w łazience, z gardła wydarł się jej głośny jęk rozpaczy. Opuchlizna nieco ustąpiła, ale i tak jej rysy przypominały świnkę Piggy z Muppet Show. Na twarzy uwidoczniły się też w całej pełni krwawe wybroczyny. Wokół oczu i na nosie miała purpurowe sińce, jakby brała udział w walce bokserskiej.

– Ale się urządziłaś! – zawołał Bolek, który przyniósł jej rano do szpitala kilka drobiazgów. Tak jakby z jakichś niezrozumiałych przyczyn sama sobie zmasakrowała twarz.

Był nieogolony, zmięty i w wyraźnie złym humorze. Spędził noc u matki i jeszcze nie zdążył dojść do swojego mieszkania, żeby się przebrać przed pracą.

– Jak mama? – zapytała słabo.

– W porządku. Noc minęła dobrze. Strasznie miękki masz materac, myślałem, że rano nie wstanę… Umówiłem się z panią Jolą, że dłużej z nią posiedzi przez następne dni, zapłacę jej za nadgodziny…

Maria odetchnęła z ulgą, ale brat ciągnął dalej:

– Mama ciągle żyje w swoim świecie. Jak jej powiedziałem o twoim wypadku, to chyba nawet nie bardzo wiedziała, o kim mowa… Mnie ciągle bierze za Mietka. Staram się dla niej o miejsce u Helclów albo u sióstr w Mnikowie, jestem pewny, że nawet nie odczuje zmiany…

– Bolek!

– Uspokój się. Choćbym stanął na głowie, nie potrafię tego załatwić tak szybko, jakbym chciał. Zdążysz jeszcze wrócić, żeby się pożegnać.

– Ona tam umrze, Bolek…

Prychnął zirytowany.

– Kiedyś, gdzieś przecież musi umrzeć! A ty też nie możesz bawić się w pielęgniarkę do końca życia, szczególnie teraz, po wypadku…

– Nie zgadzam się na dom starców – powiedziała cicho.

– Siłą ci jej z objęć nie wydrę – brat wstał i skierował się w stronę wyjścia. – Sama podejmiesz decyzję, jak już wreszcie będziemy mieli to miejsce. Bo to nie jest prosta sprawa, nie myśl sobie! Nawet ja pewnych rzeczy nie przeskoczę!

W drzwiach prawie zderzył się z lekarzem.

– O, pan doktor – wyraz twarzy zmienił mu się w mgnieniu oka. - Dobrze że pana widzę, można na chwilę?

Wyszli razem.

– Moja siostra… jej stan… – były to jedyne słowa, jakie jej dobiegły z korytarza.

Choć następnego dnia tomograf był już naprawiony i zrobiono jej badanie, Maria nie otrzymała spodziewanego wypisu.

– Konieczna jest dalsza obserwacja – poinformowała ją lekarka podczas wieczornego obchodu.

Maria ściągnęła okulary i rozglądnęła się po dużej, pomalowanej na zielono sali.  Ogarnęło ją dziwne przeświadczenie, że prędko jej nie opuści.

***

Jasne ściany katedry w León lśniły w promieniach zachodzącego słońca. Monumentalne portale mieniły się złoto i pomarańczowo, a rozeta nad nimi migotała niczym gigantyczny pierścień wysadzany drogimi kamieniami.

Maria przyspieszyła kroku. Chciała zdążyć przed zmierzchem, by obejrzeć grę światła wpadającego do wnętrza przez osiemsetletnie witraże. Była zmęczona, bolały ją nogi i ramiona, ale koniecznie musiała wejść do katedry, zanim słońce zajdzie. Z determinacją rzuciła się do przodu i… omal nie spadła z łóżka.

W pokoju panował mrok, rozświetlany przez słabe żarówki z korytarza oraz blask latarni z zewnątrz. Kobieta pod oknem jęczała przez sen.

– Wszystko w porządku? – dobiegł Marii głos drugiej pacjentki, tej na środkowym łóżku.

Wiele ze sobą dotąd nie rozmawiały. Była to starsza pani i Maria wiedziała o niej tylko tyle, że jest już po zabiegu i ma problemy ze snem, szczególnie w obcych miejscach.

„Uciec stąd! Uciec jak najprędzej!”- pomyślała, zaciskając powieki.

Nic nie odpowiedziała, przesunęła się tylko na środek swojej pryczy, poprawiła kołdrę i westchnęła udając, że ciągle śpi. Chciała jeszcze tej nocy koniecznie wrócić na swój szlak.

***

Pan Janek po raz pierwszy pojawił się u nich w pokoju następnego dnia przed południem. Łysy, z zapadniętymi policzkami i wystającą grdyką, był tak chudy, że ubrany w piżamę w biało-niebieskie pasy i wsparty na kulach – wyglądał jak więzień obozu koncentracyjnego.

– Któraś z pań gra w brydża? – zapytał od progu ochrypłym głosem nałogowego palacza.

Leżąca pod oknem pacjentka, przywieziona z karambolu na autostradzie, jęknęła tylko i nawet nie odwróciła wzroku. Zazwyczaj całymi godzinami siedział przy niej mąż, gładząc ją po rękach i szepcząc słowa otuchy. Gdy go nie było, pogrążała się w apatii. Maria bardzo dobrze ją rozumiała. Sama też tylko wydała z siebie jakiś głuchy pomruk i pomimo bólu schowała twarz w poduszkę, by ukryć swe siniaki. Dopiero starsza pani z wszczepioną endoprotezą biodra, choć w brydża nie grała, okazała panu Jankowi cień zainteresowania.

– A co, znowu wam kogoś wypisali do domu?

 Pan Janek westchnął rozdzierająco, aż mu w płucach zagrało.

– No widzi pani, znowu. A jeszcze trzy dni temu mieliśmy dwie czwórki! Tak się to wszystko z dnia na dzień zmienia…

– Niech pan spróbuje w dziesiątce, tam dzisiaj przyjęli taką młodą dziewczynę z pękniętą torebką stawową, może ona się nada na czwartego…

– Dałby Bóg! – ożywił się pan Janek. - Bo przyjdzie nam znowu z dziadkiem grać, a to, za przeproszeniem pań szanownych, do dupy licytacja… Ano, idę dalej. Co za szczęście, że przynajmniej siostra Manuela ma dziś wolne…

Wyszedł, stukając kulami, ale nowa pacjentka widać nie nadawała się do brydża, gdyż odwiedził je tego dnia jeszcze dwukrotnie. Pod wieczór miał już w oczach wyraz czarnej rozpaczy.

Maria słuchała żalów pana Janka schowana za ciemnymi okularami, które jej przyniósł brat. Leżała cicho, zwrócona do ściany. Czuła rwanie w głowie, szyi i ramionach, gdy środki przeciwbólowe przestawały działać. Pielęgniarki były przekonane, że śpi. Tymczasem było wręcz przeciwnie. Maria, gdzieś w środku, powoli się budziła.

Wyobrażała sobie, że wędruje pieszo przez Pireneje albo przez płaskowyż Mesety, z drewnianą laską w dłoni i muszlą pielgrzyma zawieszoną na piersi. Przenosiła się duchem na drugi koniec Europy tak skutecznie, że czuła nawet ciężar plecaka na ramionach, ból odcisków na stopach i palące pragnienie w gardle. Ani jęki pacjentki spod okna, ani rześkie okrzyki pielęgniarek, ani okropny fetor, gdy dwa razy w ciągu dnia zmieniano pampersy stale leżącym, nie były w stanie obudzić jej z tych marzeń. Schrypnięty głos pana Janka w drzwiach od razu jednak przywoływał ją z powrotem.

Maria przez lata należała do Związku Brydża Sportowego i odnosiła nawet sukcesy w turniejach. Dawno już nie grała, ale nadal pamiętała te emocje: dreszcze przebiegające po plecach przy pierwszym spojrzeniu w rozdane karty, narastające podniecenie wraz z postępem licytacji, a nawet – jakże rzadko! – fajerwerki w mózgu, gdy się okazywało, że można ugrać szlema…

Wreszcie – czwartego dnia pobytu w szpitalu, kiedy krwawe wybroczyny na jej twarzy zmieniły kolor z purpurowego na ciemnofioletowy i trochę już zdążyła się przyzwyczaić do widoku swej twarzy w lusterku – zdecydowała się przyznać, że gra.

***

Kim jest siostra Manuela i dlaczego należy się cieszyć, że ma wolne, Maria przekonała się bardzo szybko. Postawna, niemłoda blondyna z rękami pod boki zatrzymała się przy ich stoliku w obszernym, pięknie sklepionym holu szpitala, nim jeszcze skończyli pierwszą partię. Pan Janek, siedzący tyłem, zadrżał i upuścił karty na kolana, gdy tylko cień pielęgniarki padł na jego przygarbione plecy.

– Aha! Więc znowu mamy czwórkę! – powiedziała Manuela z przekąsem.

Trzy pary oczu wpatrzyły się w jej twarz, która była nieruchoma, jak wykuta w kamieniu. Nieruchome były też jej oczy i kryła się w nich szczera antypatia. Maria, Kazik – rudawy młodzieniec z nogą od biodra po palce stóp spowitą w gips oraz Tadek – postawny czterdziestolatek, z kilkoma złamanymi żebrami, uszkodzoną ręką i obrażeniami głowy wyniesionymi z jakiejś bójki – dzielnie wytrzymali to bazyliszkowe spojrzenie. Tylko pan Janek z nieszczęśliwą miną zwiesił głowę na piersi, Manuela zaś położyła mu dłoń na ramieniu i ścisnęła je znacząco przez cienki materiał piżamy.

– Za pół godziny wlew! Niech pan już powoli wraca na oddział, żeby nie trzeba było znowu szukać pana po całym szpitalu!

Oddaliła się powoli, godnie, pomlaskując o posadzkę podeszwami swych białych pantofli.

– Piekło i szatani! – zaklął pan Janek z rozpaczą. – Ona jest jeszcze gorsza niż ta wariatka z „Misery”!

Pozostali tylko w milczeniu pokiwali głowami, z rezygnacją składając karty.

Wracając do łóżka Maria zastanawiała się, dlaczego ta niewinna pasja, tak bardzo zmieniająca szpitalny dzień całej ich czwórki, może drażnić pielęgniarkę. Odpowiedź znalazła prawie natychmiast, gdy tylko uważniej wsłuchała się w ton, jakim personel medyczny oraz pomocniczy zwracał się do pacjentów. Zapewne nieświadomie.

– Kaszka jeszcze nie zjedzona? Jak będziemy grymasić, to trudniej będzie nam wrócić do zdrowia!

Jedna z salowych, zbierając naczynia po kolacji, życzliwie dogadywała połamanej pacjentce z karambolu. Kobieta nie odwróciła głowy, męża znowu przy niej nie było i pogrążyła się w swojej depresji. Nawet nie tknęła jedzenia. Maria wiedziała, że chora jest menadżerem w jednym z największych hoteli w Krakowie i matką dorastającego syna. Czy tak rozmawiałaby z nią pracownica szpitala, gdyby spotkały się innych okolicznościach? A może zapytałaby normalnie: „Nie ma pani apetytu? Proszę jeść, potrzebuje pani sił, by wrócić do zdrowia”.

– Czy naprawdę będąc tutaj jakoś się zmieniamy? Tracimy godność,  przestajemy być tym, kim jesteśmy? Dziecinniejemy jakoś? – Maria pomyślała o szorstkich pobudkach, nagłym zapalaniu ostrego światła, niepotrzebnych komentarzach dotyczących min, nastrojów i zachowania pacjentów. A także o swoim lekarzu, sympatycznym, uśmiechniętym i zawsze bardzo zmęczonym, który  w czasie obchodu wesoło zbywał wszystkie jej pytania dotyczące stanu zdrowia oraz terminu wypisu.

Nie tylko jej, zresztą.

– Nie powinna pani tyle czytać w Internecie – uciszał niepokoje pacjentki z endoprotezą biodra. – Tylko się pani denerwuje niepotrzebnie…!

– Panie doktorze, gdyby pan mnie lepiej informował, to bym nie musiała czytać w Internecie… – próbowała polemizować starsza pani, ale on już nie słuchał, przechodząc do łóżka Marii.

– Jeszcze troszkę, wszystko idzie w dobrą stronę – mówił uspokajająco. – Proszę nam zaufać…

Zwracał się do niej jak do dziecka. Wiedziała, że w zamian za to często rozmawia z Bolkiem i że brat ma dokładne informacje o jej urazach, a jednak… to ona miała wypadek, jej ciało wymagało naprawy i ona przede wszystkim powinna uzyskać pełną wiedzę na ten temat! Była świadoma swoich praw, a mimo to leżała cicho i nie miała odwagi otwarcie zażądać ich respektowania.

Dlaczego? Przecież nic jej nie groziło, nawet gdyby doszło do awantury. Może tylko lekarz przestałby się uśmiechać…

To było poczucie władzy. Władzy, która wymykała się z rąk szpitalnego personelu w momencie, gdy czwórka pacjentów zasiadała do brydża. Ta gra wynosiła ich ponad poziom bólu, niepokoju i upokorzenia związanego z niepełnosprawnością. Pomagała im pozostać sobą, dawała poczucie duchowej wolności, siostrze Manueli zaś uświadamiała, że nie jest panią ich życia i śmierci. Nawet w przypadku pana Janka, najciężej z nich chorego, wożonego regularnie na onkologię i oczekującego na operację nogi. I właśnie ta utrata kontroli nad nimi musiała ją tak bardzo drażnić.

***

W najbliższym czasie okazało się, że pan Janek – odwoływany regularnie do swojego pokoju – był tylko jeden jedyny raz rzeczywiście poddany jakimś zabiegom. Nawet Maria – przyjmująca początkowo tyranię Manueli z rezygnacją i bez emocji, jako konieczność w szpitalnej rzeczywistości – musiała stwierdzić, że jest to z jej strony tylko i wyłącznie złośliwość. Doszła do wniosku, że Manuela przypomina jej nie tyle psychopatyczną Annie Wilkes z „Misery”, ile siostrę Ratched – Wielką Oddziałową z powieści „Lot nad kukułczym gniazdem”. Była tak samo bezwzględna, pewna siebie i niezniszczalna. Tropiła czwórkę brydżową z wytrwałością gończego psa i zwykle ich znajdowała, w którymkolwiek by się miejscu zaszyli. Po kilku nieudanych próbach ukrycia się – w różnych pokojach na oddziale, w bufecie, w kącikach dla gości na innych piętrach, a nawet na ławce koło kaplicy – w końcu się poddali. Umawiali się po prostu przy stolikach w holu, licząc się z tym, że w najgorętszym momencie gry za plecami pana Janka może się pojawić złowróżbny cień i spokojny, lodowaty głos przemówi:

– Pora wracać, za chwilę zabieramy pana na naświetlania…

Tymczasem zapał Marii do gry w brydża rozpalał się. Mimo że ciągle bolała ją głowa, gdy tylko w korytarzu usłyszała stukanie kuli i rzężący głos – podrywała się z łóżka, naciągała szlafrok, przekradała się koło dyżurki pielęgniarek i z bijącym sercem zasiadała do kart.

Nawet jej sny o Camino zmieniły się z dnia na dzień, od kiedy zaczęła grać. Nie wędrowała już samotnie, zaczęli się w nich pojawiać ludzie. Szli, odpoczywali, czuli, cierpieli, śmiali się i płakali – tak jak ona. Po raz pierwszy zrozumiała, że w swojej drodze ma też towarzyszy. Było to bardzo ożywcze uczucie i od tego czasu Maria zaczęła lepiej spać.

***

Zabawa w kotka i myszkę z siostrą oddziałową trwała w najlepsze i dopiero jedno niepozorne zdarzenie podsunęło Marii pomysł, jak zdobyć w tej rozgrywce przewagę. Wychodziła właśnie z pokoju na brydżowe spotkanie, gdy wypisywana do domu pacjentka z endoprotezą biodra, już we własnym ubraniu, syknęła jej ostrzegawczo z korytarza:

– Uwaga, idzie!

Maria w jednej chwili znalazła się w pantoflach pod kołdrą, z najniewinniejszą miną czekając, aż niebezpieczeństwo się oddali. Epizod ten jednak – uświadamiający, że inni pacjenci też patrzą, widzą i kibicują – natchnął ją do działania.

Jeszcze tego samego dnia, gdy pielęgniarka po raz kolejny rozpędziła ich w połowie drugiej partii,  Maria przeszła po pokojach na oddziale w poszukiwaniu sprzymierzeńców. Wywołała nie tylko uśmiechy, ale nawet głośne chichoty. Podchody z Manuelą miały w sobie coś ożywczego – przypominały dawne szkolne czasy, pierwsze nielegalne pocałunki i papierosy, a także ucieczki przed nauczycielami po korytarzach, szatniach i toaletach. Prośba Marii, choć dziwna, tchnęła duchem łobuzerstwa, beztroski i swobody. A tego właśnie pacjenci bardzo potrzebowali.

W zamian za niewielką gratyfikację w postaci papierosów, gazet lub cukierków, kilka osób zgodziło się zająć pielęgniarkę w chwilach, gdy – zwietrzywszy nieobecność czwórki brydżowej – szybkim krokiem wyruszała na łowy. Najbardziej uczynny był pan Rafał, mocno połamany po upadku z dachu i cierpiący na traumę pourazową, w wyniku której nieustannie domagał się obecności przy swym łóżku kogoś z personelu. Prośbę, by w powtarzanych co kilka minut wezwaniach wołał właśnie o siostrę Manuelę, od razu zaczął realizować z zapałem, w zamian za to Maria przynosiła mu odtąd co wieczór ulubione soczki marchewkowo-bananowe ze sklepiku, i poiła go nimi przez rurkę.

– Kto tak pani podbił oczy? – zainteresował się trzeciego dnia, a Maria nagle się speszyła, gdyż w szpitalnej codzienności zdążyła już zapomnieć o tym, jak wygląda. Nie powiedziała nic, pan Rafał zaś przez dłuższą chwilę ciągnął w milczeniu swój sok, a wreszcie wypluł rurkę i skomentował:

– Takiego chłopa, co na kobietę rękę podnosi, to ja bym za jaja na latarni powiesił. Następnego razu to się pani nie zastanawiaj, tylko pakuj walizkę i zjeżdżaj do mnie. Dom duży, pusty, ja wdowiec, robotę mam dobrą, a kobiety potrafię szanować…

Maria spłonęła rumieńcem i zapewniła, że weźmie to pod uwagę. Nie chciała pozbawiać pana Rafała złudzeń, ale jego złamany w kilku miejscach kręgosłup – choć na szczęście nie doszło do zerwania rdzenia kręgowego – kwalifikował go raczej na rentę inwalidzką niż do powtórnej żeniaczki.

Pomoc innych pacjentów dała im nieco większą swobodę i sprawiła, że rozegrali wspólnie kilkadziesiąt naprawdę dobrych partii, nie tylko w dzień, ale nawet (o czym sza!) – po nocach. Prezentowali sobą dość niecodziennych widok – wszyscy w bandażach, szynach bądź ortopedycznych gorsetach, rozłożeni w dziwnych pozach na szpitalnych fotelach i wpółleżący na wózku (Kazik), radzący sobie z kartami – z braku drugiej ręki – nawet za pomocą zębów (Tadek). Licytowali też po partyzancku, nie posługując się żadnym wspólnym systemem, a jedynie podstawowymi zasadami oraz intuicją. Wkurzali się i kłócili, potem godzili i rozdawali znowu. Bardzo szybko, w naturalny sposób, podzielili się w pary: Maria z Tadkiem przeciw Jankowi i Kazikowi.

Nawet nie wiedzieli kiedy – pośród emocji związanych z grą – zrastały się im kości, goiły rany i wchłaniały krwiaki.

***

Bolek zjawił się w szpitalu dopiero po dłuższym czasie. Wyglądał dużo lepiej niż za pierwszym razem, ale był dziwnie spięty.

– Jak mama? – zapytał Maria, tknięta złym przeczuciem.

– W porządku, bez większych zmian – odpowiedział, przysuwając sobie krzesło do jej łóżka. – Zaaplikowałem jej jeden z moich środków specjalnych, żeby lepiej spała.

Przyjęła informację ze zmarszczonym czołem, ale jej nie skomentowała. Nie chciała, żeby faszerował staruszkę chemią! Bolek wiercił się na stołku, sprawdzał kieszenie, wreszcie wyciągnął  mp3 ze słuchawkami i położył na stoliku.

– Przyniosłem kilka książek audio, jakby ci się nudziło – uśmiechnął się z przymusem. – Wygląda na to, że cię tu jeszcze trochę potrzymają. Masz kilka niewielkich krwiaków, to nic groźnego, ale wynaczyniona krew musi się wchłonąć. A to wymaga czasu…

Maria przez chwilę przetrawiała podaną jej informację. Nadal nie miała od lekarzy informacji o stanie swojej głowy , ta jednak bolała ją ciągle i czasem miała wrażenie, że coraz mocniej.

– Nie nudzi mi się. Wiesz, gram znowu w brydża… – odezwała się wreszcie, ale brat nie słuchał jej, zajęty przerzucaniem kolorowych gazet w szufladzie.

– Pani Jola to istny skarb – powiedział dopiero po dłuższej chwili, budząc się z zamyślenia. – Nie wiem, co byśmy bez niej zrobili.

Po raz pierwszy usłyszała, że mówi o opiece nad matką w liczbie mnogiej – my. Dotąd zawsze wypowiadał się tak, jakby zajmowanie się staruszką było wyłączną domeną Marii. Aż otworzyła szerzej oczy ze zdumienia. On tymczasem unikał jej spojrzenia. Wydawało się, że coś go gnębi.

– Możemy wyjść na chwilę do holu? – zapytał.

– Nie dostałam jeszcze lekarstw. Nie powinnam się ruszać z łóżka – powiedziała przepraszającym tonem. Rzeczywiście nie czuła się najlepiej. A teraz jeszcze ogarnął ją niepokój z powodu jego dziwnego zachowania.

Bolek tylko pokiwał głową. Podszedł do okna, postał w nim przez chwilę, wyglądając na ulicę. Potem wrócił do jej łóżka. Kręcił się, jakby go coś uwierało.

– Słuchaj, powiedz mi, czy mama… – zaczął, ale zaraz urwał. Obejrzał się na inne pacjentki.

– Czy mama co?

– Czy mama kiedykolwiek… Czy wspominała coś o mnie? – wypalił wreszcie Bolek. – O mnie! Czy w ogóle pamięta, że ma syna?

Maria dłuższą chwilę leżała bez ruchu, wpatrując się w niego. Wydało się jej, że oczy błyszczą mu podejrzanie, jak dwa małe jeziorka. Pierwszy raz widziała u swojego brata-robota objawy wzruszenia.

– Owszem. W przeddzień tego… mojego wypadku… mówiła mi, że źle wyglądasz. Schudłeś. Pytała gdzie jadasz obiady. Kto ci gotuje, od kiedy Magda… no wiesz, od kiedy odeszła…

– Pamiętała Magdę?!

Maria tylko skinęła głową. Przez chwilę siedzieli w milczeniu, każde zatopione we własnych myślach.

– Jaka ona jest, kiedy jest przytomna? – zapytał nagle Bolek, przesuwając dłonią po powiekach gestem bardzo zmęczonego, starego człowieka.

Maria przez chwilę zastanawiała się nad odpowiedzią.

– Pogodna – powiedziała w końcu. – Cicha, pogodzona z losem. Lubi słuchać muzyki klasycznej z radia. Pani Jola czytuje jej Trylogię…

– Zawsze przepadała za filmami i książkami historycznymi – mruknął w zamyśleniu. – Pamiętam jak stawała na głowie, żeby zdobyć bilety na premierę „Faraona”…

– No właśnie – Maria też uśmiechnęła się do swoich wspomnień. – A teraz, widzisz, na Prusa i Sienkiewicza reaguje tak, jakby to słyszała po raz pierwszy w życiu…

Bolek tylko pokiwał głową.

***

Środowe spotkanie na brydża, w połowie drugiego tygodnia od przyjęcia Marii do szpitala, miało się okazać ostatnim w ich obecnym składzie.

– Jutro będą mnie operować – oświadczył Janek, sprawnie tasując podniszczoną talię kart. Tylko jego głos, jeszcze bardziej zdarty niż zwykle, i krótkie spojrzenie, jakie rzucił na swoją chorą nogę świadczyły o tym, że wydarzenie to nie było mu całkiem obojętne.

Pozostała trójka zamarła jednak na swoich miejscach. Maria przez chwilę poczuła się tak, jakby usłyszała wyrok śmierci. Jak to – brydż bez Janka?! Kazik z trudem przechylił się w wózku inwalidzkim ponad swoją zagipsowaną kończyną i pocieszająco poklepał go po ramieniu.

– Będzie dobrze, zobaczysz – powiedział, jednak bez przekonania.

– Będzie dobrze, jak mi nie odejmą nogi – mruknął Janek, biorąc się teraz za pierwsze rozdanie. Ręce śmigały mu wokół stołu tak szybko, że trudno było za nimi nadążyć wzrokiem. – Mówią, że jest szansa, że chemia zrobiła swoje. Ale ostatecznie okaże się już na stole. Będę wiedział, jak się obudzę…

Nikt się nie kwapił, by sięgnąć po karty.

– Słuchaj, stary – Tadek odchrząknął i spojrzał gdzieś w bok. Odzywał się tak rzadko, że można by go było wziąć za niemowę, gdyby nie to, że od czasu do czasu zmuszony był prowadzić licytację. – A nawet gdyby… dajmy na to… to przecież jeszcze nie koniec świata, co? Życie jest przecież ważniejsze…

Janek zaśmiał się ochryple, a potem rozkaszlał.

– Życie ważniejsze – wykrztusił wreszcie. – Ale trudno mi je sobie wyobrazić bez tego kulasa…

– Nie łam się, będzie dobrze – jeszcze raz pocieszył go niezgrabnie Kazik. Wydawało się, że ma łzy w oczach.

Maria milczała. Nie wiedziała dotąd, że Jankowi grozi amputacja. Nie miała pojęcia, co teraz powiedzieć. Ona również nie wyobrażała sobie życia bez jednej kończyny.

– Słuchaj, stary, dzisiaj środa. W kaplicy będzie nowenna – odezwał się znowu Tadek.  Był wyjątkowo gadatliwy i aż się skręcał z zakłopotania. Wciągał głęboko powietrze, krzywił się z bólu – połamane żebra zawsze dawały o sobie znać, gdy nagle się poruszał. – Chętnie pójdę tam z tobą… albo sam, w twojej intencji.

Janek spojrzał na niego wyraźnie zaskoczony, opuścił na kolana rękę z wachlarzykiem kart. Przez chwilę nad czymś myślał.

– E, szkoda przerywać grę. Co ma być, to będzie – powiedział wreszcie, biorąc znowu karty. – Ja zresztą prędko nie umrę. Złego diabli nie biorą. Tak mi Cyganka przepowiedziała.  Długie i szczęśliwe życie mi z ręki wyczytała, ot co!

Maria drgnęła i spojrzała uważniej na dłonie Janka. Długie i szczęśliwe życie?

Z tego, co wiedziała o swoim przeciwniku brydżowym, miał on lat sześćdziesiąt trzy, był dwukrotnie żonaty i dwukrotnie rozwiedziony, a wszystkie jego dzieci z obu małżeństw mieszkały obecnie za granicą. Od półtora roku zmagał się z rakiem kości. Palił nałogowo, a lekarze już kilkakrotnie sprawdzali mu płuca w poszukiwaniu przerzutów.

Rozpoczęli licytację, ale gra się nie kleiła. Wszyscy spasowali. Przy drugim rozdaniu wylicytowali zaledwie trzy trefle.

– Do pierona, przynajmniej na koniec by sobie człowiek porozgrywał! – Janek, zdenerwowany, plasnął kartami o stół.

– Na jaki koniec? Przecież wrócisz do nas! Będziemy cię tu choćby i z łóżkiem przywozić! –zadeklarował się Kazik ze swojego inwalidzkiego fotela i spojrzał na Marię oraz Tadka w poszukiwaniu potwierdzenia. Uśmiechnęli się nieszczerze. Wszyscy dobrze zdawali sobie sprawę, że ich wspólny czas dobiegł końca. Maria też czekała na tomografię, mająca potwierdzić, że krew się wchłonęła i może iść do domu. Tadkowi obiecywano wypis pod koniec tygodnia.

– No dobra, do trzech razy sztuka – Maria zgarnęła talię, przetasowała, rozdała.

Jeszcze rozrzucała ostatnie karty, gdy poczuła, że napięcie przy stoliku nagle wzrosło. Zapomniano o operacjach, badaniach, wypisach. Wszyscy z milczeniu przeliczali punkty. Po otwarciu „bez atu” licytacja poszła jak burza. Wreszcie zaczęła się prawdziwa gra.

– No nie, ja pierdolę! – wyrwało się nagle Kazikowi.

Był spokojnym, dobrze wychowanym dwudziestolatkiem, studiował matematykę teoretyczną  i – w przeciwieństwie do większości przedstawicieli swego pokolenia – mocnych słów nie używał nigdy. Nawet przy największej wpadce zachowywał spokój, uśmiechał się tylko przepraszająco do swojego partnera. Teraz jednak zaklął szpetnie i nikt się nie zdziwił. Dobrze znane mlaskanie gumowej podeszwy na kamiennej podłodze i widok masywnej białej postaci, zbliżającej się do nich zdecydowanym krokiem, usprawiedliwiałyby użycie nawet najgorszych przekleństw.

Oczywiście znowu dopadła ich Wielka Oddziałowa.

– Proszę wracać! Wracać do pokojów, bo zaraz będzie obiad! – zawołała już z daleka. Do obiadu było jeszcze pół godziny. – A pan nic już dzisiaj nie je i w karty też już proszę nie grać! – dodała, specjalnie dla Janka. – Proszę czekać w łóżku, musi pan być pod ręką!

***

Nagłe poruszenie w szpitalnym holu nie od razu zwróciło ich uwagę. Wkoło zapadła cisza, a potem przy stolikach rozległy się szmery gorączkowo wymienianych uwag. Dopiero jednak zmiana w wyrazie twarzy stojącej już przy nich pielęgniarki uświadomiła Marii, że coś się dzieje. Odruchowo spojrzała tam gdzie wszyscy, w stronę budki z kawą i słodyczami.

– Tak, to on! – zaszeptała z podnieceniem kobieta w szlafroku przy stoliku obok. – Lisowski!

Manuela, jeszcze przed chwilą ściskająca drapieżnie ramię pana Janka, teraz odwróciła się i zrobiła niepewnie krok przed siebie.

– Ja nie mogę… – dobiegły ich jej słowa. – Jeremi Lisowski we własnej osobie!

W kolejce pacjentów i gości, która utworzyła się przy okienku, stał sobie, jak gdyby nigdy nic, gwiazdor bardzo popularnego w ostatnich latach serialu „Niekompatybilni”. Wyszukana elegancja, gęsta grzywa przetykanych siwizną włosów i rysy twarzy nie do pomylenia z nikim innym. Jeremi Lisowski, długoletni aktor scen krakowskich, a od czasu, gdy dostał rolę w operze mydlanej – jedna z największych gwiazd małego ekranu.

Chwila speszenia i zagubienia siostry Manueli trwała zaledwie przez mgnienie oka. Upewniwszy się, że wzrok jej nie myli, pielęgniarka zrobiła kilka zdecydowanych kroków i znienacka złapała aktora za ramię.

– To pan! To naprawdę pan! – zawołała radośnie, po czym wywlokła go – ściskającego w dłoni plastikowy kubek z parującą kawą – z kolejki. – Co za szczęście! Musi pan! – koniecznie pan musi! – dać mi swój autograf!

Maria z fascynacją wpatrywała się w jej twarz, która widywała dotąd twardą i nieruchomą jak kamienna rzeźba. Teraz Manuela miała zarumienione policzki, oczy jej błyszczały z nieukrywanego podniecenia i nagle okazało się, że jest dużo młodsza, żywsza i bardziej ludzka, niż można by przypuszczać. Ciągnąc go za rękaw, doprowadziła Lisowskiego do ich stolika, potoczyła wokół roziskrzonym spojrzeniem, po czym chwyciła za kartkę, na której prowadzili swój zapis.

– Można? – nie czekając na odpowiedź kogokolwiek z czwórki brydżowej, podsunęła aktorowi  arkusik papieru pod sam nos. – Proszę! To będzie moja najcenniejsza pamiątka!

Jej entuzjazm widocznie mu pochlebił, odstawił bowiem kawę, z kieszeni marynarki wyjął długopis i pochylił się nad stolikiem z kartami. Po czym zamarł.

– Marysiu! A ty co tu robisz?!

Maria uśmiechnęła się półgębkiem, poprawiając swoje ciemne okulary. Siniaki na twarzy absorbowały się dość dobrze i tworzyły obecnie malownicze, żółto-zielone konstelacje, z nielicznymi już, brązowymi strupkami. Bandaża na głowie nie miała, pozostał jej tylko niewielki opatrunek na skroni. Bliznę w miejscu, gdzie uderzył kamień, będzie nosić prawdopodobnie już do końca życia.

– Wypadek – wzruszyła ramionami, odpowiadając na pytanie. A potem wstała, żeby się przywitać i w jednej chwili znalazła się w bardzo męskich, pachnących dobrymi perfumami ramionach.

– Kto by się spodziewał, Jarema, spotkać ciebie w takim miejscu… – wystękała, uścisk był bowiem bardzo mocny.

Aktor speszył się, wypuścił ją nagle z objęć i machnięciem dłoni zbył temat.

– Ja… ekhem… tylko w odwiedziny…

Sięgnął po krzesło i przysiadł się do ich stolika. Manuela, biała i nieruchoma niczym anioł stróż, stanęła z boku, mierząc Marię osłupiałym, lecz pełnym respektu spojrzeniem.

–  Kopę lat, kopę lat! – pokręcił głową Lisowski. – Co ty robisz, Marysiu, dalej pracujesz w Radiu Tłok? Słyszałem o śmierci Marka, wstrząs był to dla nas wszystkich ogromny, niestety byłem wtedy za granicą i nie mogłem przyjechać na pogrzeb… Proszę, przyjmij wyrazy współczucia… Przepraszam, że tak późno, ale wiesz, mój czas jakoś ostatnio bardzo przyspieszył…

Pochylił się i pocałował ją w rękę. Maria tylko kiwnęła głową. Za ciemnymi okularami do oczu napłynęły jej łzy, jak zawsze zresztą na wspomnienie o ukochanym mężczyźnie. Nawet nie zauważyła wtedy, pięć lat temu, że Lisowskiego nie było na pogrzebie. A oficjalną kartę z kondolencjami wysłał pewnie do oficjalnej wdowy…

Przez chwilę siedzieli w milczeniu, aktor siorbnął gorącej kawy.

– Brydż? – zainteresował się ich grą.

– Ano brydż! – ochryple potwierdził pan Janek, podnosząc w górę rękę z wachlarzem kart. – Jedyne, co nam jeszcze pozostało w tym opłakanym stanie! A i tego niektórzy by nam chcieli zakazać…

Oskarżycielsko wskazał na siostrę Manuelę, która otworzyła szeroko oczy i usta, gotowa bronić się i zaklinać, tym bardziej, że Jeremi Lisowski też odwrócił się w jej stronę z wyrazem zaskoczenia na twarzy oraz słowami:

– Nie wierzę! – na ustach.

I wtedy zdarzyło się coś jeszcze.

– Panie Lisowski! Panie Jeremi! Szybko, szybko, już czas! Bo ominie pana najważniejsze! – przez hol nadbiegała pędem młoda pielęgniarka, gwałtownymi gestami wzywając go do siebie. W jednej chwili Lisowski zapomniał o brydżu, Marii, kawie i autografie. Zerwał się z krzesła, nieomal przewracając Manuelę, bez pożegnania odwrócił się na pięcie, zamigał obcasami eleganckich półbutów i zniknął w ślad za dziewczyną.

– Chwilę! A podpis?! – wydawało się, że Wielka Oddziałowa zaraz wybuchnie płaczem. Gotowa była rzucić się za nim w pogoń, opanowała się jednak. – Beatka z porodówki! – wyszeptała do siebie z namysłem, mnąc w palcach kartkę z zapisem brydżowym. – No, no, ciekawe kogo one tam dziś mają…

Obdarzyła Marię jeszcze jednym uważnym spojrzeniem i – pogrążona już całkowicie w swoich myślach, zostawiając ich w spokoju – ruszyła z powrotem na oddział.

– Halo! A nasz zapis?! – pan Janek zerwał się z miejsca i stukając kulą ruszył w ślad za nią. Był to z jego strony wyjątkowy heroizm, nawet jeśli skurczył się w sobie trochę, gdy Wielka Oddziałowa odwróciła się majestatycznie, by na niego spojrzeć. Przez chwilę nie wiedziała, o co chodzi, więc pan Janek pokazał jej palcem kartkę, która była dla nich cenna nawet bez autografu Lisowskiego.

– Ach, to – powiedziała z roztargnieniem i wcisnęła mu w wystawioną dłoń zmięty karteluszek. – Zapomniałam.

Po czym sobie poszła.

***

W dzień operacji Janka zrobiono Marii kolejne badanie tomografem.

– Co się stało? Słabo pani? Boli? – zapytała czujnie lekarka obsługująca maszynę, gdy pacjentka przy zmianie łóżek zachwiała się i chwyciła za głowę.

Maria wydała z siebie tylko potwierdzający jęk. W związku z badaniem nie dostała rano śniadania ani lekarstw. Dlatego ból się wzmógł.

– Teraz, nagle? Czy bolało panią już wcześniej? – indagowała radiolożka, przyglądając się jej uważnie.

– Tak naprawdę, pani doktor, boli mnie ciągle tak samo, od kiedy mnie przywieźli. Wcale nie jest lepiej, lekarstwa tylko trochę to łagodzą. Z wierzchu się goi, ale tam w środku, coś jest nadal nie tak – powiedziała w końcu to, co ją gnębiło już od wielu dni. – Mój lekarz prowadzący twierdzi, że wszystko idzie w dobrą stronę, ale ja… wcale nie jestem pewna… Nie czuję różnicy.

Lekarka przez dłuższą chwilę studiowała jej kartę, potem coś sprawdzała w komputerze.

– Hm – powiedziała wreszcie. – Właściwie klinicznie nie ma do tego podstaw… Ale niech tam… Skoro już panią prześwietlamy…

Po czym wezwała pielęgniarkę do podania kontrastu.

Maria poczuła ciepło promieniujące od ręki w górę ciała, na policzki wystąpiły jej mocne rumieńce.

– To normalne, że trochę rozgrzewa. Ale gdyby było pani duszno lub czuła pani coś niepokojącego, proszę mi o tym zaraz powiedzieć – uprzedziła ją radiolożka, zanim stół, na którym Maria leżała, wyjechał do metalowej tuby.

Co się działo później, tego już ze swej perspektywy tunelu, wstrzymując oddech i starając się nie poruszyć – nie widziała. Badanie trwało dobrze ponad kwadrans, potem pielęgniarka pomogła jej przenieść się na fotel i zaleciła, aby pozostała w łóżku i piła tego dnia dużo wody. Marii właściwie było wszystko jedno – bez Janka i tak nie zamierzali grać w brydża.

Lekarka pożegnała ją ze zmarszczonym czołem i roztargnionym uśmiechem, poświęcając już większość uwagi karcie następnego pacjenta. Musiała się jednak przejąć jej przypadkiem, być może nawet poczuć do niej jakąś sympatię, gdyż jeszcze tego samego dnia – rzecz  w polskich szpitalach raczej niespotykana! – wynik badania wraz z opisem trafił do lekarza prowadzącego.

I tym sposobem w czasie wieczornego obchodu Maria dowiedziała się, że ma tętniaka w mózgu.

***

Tej nocy śniło się jej, że doszła do Santiago. Stała przed katedrą, która wznosiła się nad nią monumentalnie, obezwładniając swym ogromem, wyrafinowaną formą i tym mistycznym magnetyzmem, który przyciągał tu ludzi z całego świata. Nieustający strumień pielgrzymów – strudzonych, kulejących, często nawet brudnych, uśmiechniętych bądź kryjących łzy wzruszenia – wpływał na plac Obradoiro, otaczał Marię ze wszystkich stron, wlewał się na schody i dalej, do wnętrza.

Na nogach miękkich z wrażenia Maria ruszyła za nimi. Dotknęła otwartą dłonią, jak wszyscy, wgłębienia w kolumnie w Portyku Chwały. Poczuła zimny, gładki, wypolerowany przez wieki i miliony rąk kamień. Życzenie! Pomyśl życzenie! – przemknęło jej przez głowę. Nie potrafiła jednak nic wymyślić.

Stała tam, u wejścia do świątyni, zupełnie bezradna i zagubiona. Ogarniało ją uczucie pustki i bezsensu. Tak bardzo chciała tu być! Dotarcie do tego miejsca przez kilka długich i trudnych lat stało się celem jej życia. I co teraz?! Była tu, i nic nie odnalazła! Nie miała już nawet życzenia! Czuła się jeszcze bardziej samotna, opuszczona i zalękniona, niż przed wyjściem z domu. Nie wiedziała zupełnie, co dalej.

Obudziła się, wstrząsana suchym szlochem. Przez chwilę leżała w ciemności, dochodząc do siebie. Ze szpitalnego korytarza sączyło się przygaszone światło.

Wypis, powrót do domu, powrót do pracy, mama, Bolek, kolejna operacja…

Czuła się tak słabo, że z trudem oddychała.

„Na Camino ważna jest droga, nie cel” – przypomniały się jej słowa wyczytane gdzieś w Internecie.

– Ja jeszcze nie zaczęłam. Moja droga dopiero przede mną – powiedziała do siebie pocieszająco. – Jeszcze znajdę to, czego szukam…

Poczuła lekką ulgę, lecz do rana nie zmrużyła już oka.

***

Szpital nocą sprawiał niesamowite wrażenie. Ciemność rozpraszana była przez miganie kontrolnych diod i światło z dyżurki, cisza – przerwana przez tykanie aparatury, kroki pielęgniarek, jęki, posapywanie bądź często głośne chrapanie pacjentów. Wokół panował pozorny bezruch i spoczynek, pod spodem jednak pulsowało życie i obracały się nieustannie tryby szpitalnej machiny. Nie każdy potrafił tu dobrze spać.

Pierwszą noc po przyjęciu na oddział Maria spędziła odurzona środkami przeciwbólowymi. Potem dość szybko przyzwyczaiła się do tych dziwnych wrażeń i odgłosów. Kilka razy – podczas dyżuru życzliwej zmiany pielęgniarek – udało się jej spędzić część nocy na grze w brydża w kąciku dla odwiedzających w korytarzu, była więc oswojona z tą inną – wyciszoną – stroną szpitalnej rzeczywistości.

A jednak ta ostatnia noc miała na długo wryć się jej w pamięć.

Nie był to niepokój o siebie. Lekarz wyjaśnił jej dość szczegółowo, że urazy, jakich doznała w wypadku, zostały właściwie wyleczone. Tomografia ujawniła istnienie tętniaka, jednak nie spowodował on krwawienia podpajęczynówkowego, a więc jej uporczywego bólu głowy nie można było z nim łączyć. Miała następnego dnia otrzymać skierowanie na oddział neurochirurgii, gdzie tętniak – w tej chwili nie zagrażający bezpośrednio jej życiu ani zdrowiu – zostanie w przyszłości zalepiony i zneutralizowany bezinwazyjnie, metodą embolizacji.

– Tak naprawdę miała pani dużo szczęścia w tym nieszczęściu – powiedział jej chirurg z radosnym uśmiechem, tak jakby wykrycie zmiany w tętnicy było jego osobistą zasługą, nie zaś wynikiem dociekliwości radiolożki. – Przez przypadek dowiedziała się pani o problemie, który za jakiś czas mógłby dać o sobie znać w dużo mniej przyjemny sposób…

Maria próbowała więc cieszyć się z tego, że tętniaka w mózgu odkryto u niej tak wcześnie i nie przejmować się perspektywą kolejnego pobytu w szpitalu. Przychodziło jej to o tyle łatwo, że tego wieczoru najbardziej zajmował ją stan zdrowia Janka.  W miarę jak mijały godziny coraz bardziej się o niego niepokoiła. Nie wrócił jeszcze do swojej sali, a wynik operacji stanowił tajemnicę.

Po długim przewracaniu się w pościeli, nałożyła w końcu szlafrok i pantofle, po czym – z gazetą pod pachą – udała się na korytarz. Ledwo zdążyła zasiąść pod rozłożystym fikusem, gdy w głębi korytarza ujrzała wymykającego się ze swojej sali Tadka. Nawet jej to specjalnie nie zdziwiło – czasem zdawało się jej, że nadają na tych samych falach. Lubiła go i dobrze się z nim dogadywała przy brydżu. Choć trafił do szpitala na skutek bójki, Maria wyczuwała w nim jakąś delikatność i wrażliwość, zupełnie niepasujące do wyglądu typowego macho i zawodu kierowcy, który uprawiał.

Na jego widok podskoczyła z radości, zaraz jednak zamarła, drzwi oddziału otworzyły się bowiem i ukazała się w nich biała, masywna postać Manueli.

Do fotela pod fikusem dotarli niemal równocześnie.

– Proszę państwa, tak nie można! – zaczęła pielęgniarka, ale Tadek przerwał jej zupełnie spokojnie:

– Co z Jankiem? Na pewno ma siostra jakieś informacje?

– Operacja się udała. Jest na oiomie, ale rano wróci – oświadczyła sucho Manuela, coś jednak w wyrazie jej twarzy sprawiło, że Tadek przytrzymał ją za ramię, gdy już się miała oddalić.

– A noga?

Po raz drugi Maria miała okazję ujrzeć ludzką twarz Manueli. Pielęgniarka spuściła wzrok. Nie zasłoniła się ochroną danych pacjenta. Delikatny, przeczący ruch głowy powiedział im wszystko.

Maria ze świstem wciągnęła powietrze.

– Musieli… Nie było możliwości, żeby ją oszczędzić… – wymamrotała Manuela gdzieś w stronę podłogi. – Życie przecież jest ważniejsze…

Zapadła cisza, w której słychać było tylko brzęczenie świetlówki. Tadek bez słowa usiadł w fotelu obok Marii i ukrył twarz w dłoniach.

– Proszę nie siedzieć tu za długo. Muszą państwo zbierać siły, trzeba spać – powiedziała w końcu siostra Manuela.

Zostawiła ich i poszła do dyżurki.

***

Maria sama nie wiedziała, co skłoniło ją następnego dnia, by zejść do kaplicy. Nie miała chyba co z sobą zrobić – już w ubraniu, spakowana, pozbawiona swojego łóżka, lekarstw i obiadu – a jeszcze czekająca na całą dokumentację medyczną, skierowanie na neurochirurgię oraz oficjalny wypis. A może to przeżycia tej nocy – straszny sen o Santiago, rozmowa z Wielką Oddziałową i informacje o Janku sprawiły, że postanowiła poszukać ukojenia. Poszła więc w miejsce, które w tym przybytku ludzkiej słabości, cierpienia i śmierci powinno promieniować nadzieją, lecz – ku jej wielkiemu zdziwieniu – świeciło tylko pustkami.

Maria prawie nigdy nie chodziła do kościoła. Owszem, była ochrzczona, przystąpiła nawet do I Komunii Św. – do dziś pamiętała awanturę pomiędzy rodzicami, która poprzedziła to wydarzenie – ale na tym jej związek z religią się kończył.

W życiu, które potem sama wybrała, nie było na nią ani czasu, ani miejsca. Kiedyś uległa impulsowi i prosto z ulicy weszła w ciche, ciemne wnętrze, w którym tylko ołtarz jarzył się złotą poświatą i połyskiwała czerwona lampka przed tabernakulum. Nawet nie wiedziała, ile czasu tam spędziła. Dziwne myśli kłębiły się jej po głowie. Wyszła w końcu, gdyż uświadomiła sobie, że – gdyby tam została – bardzo wiele musiałaby w swoim świecie zmienić. Zbyt wysoka wydawała się jej wtedy cena, jaką by musiała zapłacić za przynależność do Kościoła.

A jednak jakieś pragnienie pozostało. Po raz pierwszy poczuła je w pełni, gdy umarł Marek. Nie miała odwagi, by znowu udać się do świątyni, a tymczasem jej potrzeba odkrycia Boga narastała i z biegiem czasu stawała się coraz większa, coraz bardziej paląca. Aż wreszcie, ostatniego dnia pobytu w szpitalu, ukradkiem weszła do pustej kaplicy… Usiadła w ławce, wpatrując się w drewniany stół przykryty białym obrusem i metalową skrzynkę, kryjącą ponoć największą Tajemnicę.

Czuła, że On tam jest, a jednak nie potrafiła do Niego dotrzeć.

Dotąd wszystko w życiu przychodziło jej bez większego wysiłku. Tak jak powiedziała Gizela Winiarska, Maria była obdarowana ponad zwykłą miarę – i korzystała z tego w pełni. Z wiarą jednak było inaczej. Wiedziała, że aby do niej dojść, będzie musiała poczuć trud, pot, pieczenie odcisków na stopach, ciężar bagażu, ciężar win... I chciała to zrobić.

Liczyła na to, że gdy już dojdzie do Santiago de Compostela, gdy stanie w Portyku Chwały, odnajdzie to, czego jej dotąd w życiu brakowało. I wtedy będzie już wiedziała, co dalej robić. Nie będzie się czuła we wnętrzu kościoła niepewna i zagubiona. Będzie tam mogła wchodzić jak do siebie.

Ale po tym przerażającym śnie ostatniej nocy ogarnął ją lęk, że to może się nigdy nie wydarzyć. Nawet nie była pewna, czy będzie w stanie wyruszyć na Camino – z chorą matką zdaną tylko na jej opiekę i tętniakiem w mózgu, który – choć mały – stanowił tykająca bombę zegarową.

– Pomóż! – powiedziała na głos, wstając z ławki. Sama się zdziwiła i przestraszyła, słysząc nagle w tym mrocznym wnętrzu swój zrozpaczony głos.

Spłoszona ruszyła do wyjścia, starannie omijając wzrokiem miejsce, w którym wystawiano ciała zmarłych. Zrobiła kilka kroków i zatrzymała się raptem, z ręką wyciągniętą w stronę klamki. Serce zaczęło jej gwałtownie łomotać w piersi.

Na drzwiach kaplicy przypięta była kartka, na niej zaś, w samym środku, widniała muszla – znak pielgrzymi na trasie do grobu świętego Jakuba.

***

Taksówka zatrzymała się przed domem, Maria zapłaciła i powoli, często przystając, wspięła się na trzecie piętro. Nawet sobie nie zdawała sprawy, że tak bardzo osłabła w czasie pobytu w szpitalu.

Kiedy weszła, poczuła się jednak tak, jakby nigdy stąd nie wychodziła. Uderzył ją w nozdrza znajomy zapach starego mieszkania – drewna, kurzu, lekarstw, a także obiadu, który pani Jola właśnie przyrządzała w kuchni. Maria poczuła nagle, że jest głodna. Nie tylko głodna, ale też spragniona kąpieli i długiej, spokojnej drzemki we własnym łóżku. Najdziwniejsze zaś było to, że od kiedy tylko opuściła gmach szpitala, ból głowy minął. Jak ręką odjął.

W myślach pobłogosławiła panią Jolę za to, że jest na posterunku, że działa. Jak zwykle uśmiechnięta i promieniejąca dobrą energią, pomachała do Marii ręką od piecyka. Mama zaś… Właśnie, gdzie była mama?

Jej łóżko stało puste, zaścielone, a okno było szeroko otwarte. Słońce wlewało się do pokoju, w miejsce, gdzie dotąd nie miało dostępu, gdyż starsza pani nie lubiła ostrego światła. Maria na chwilę zmartwiała, a potem ruszyła do jadalni, skąd dochodziły głośne dźwięki muzyki.

Kotary były zaciągnięte i w całym pomieszczeniu panował mrok, jeśli nie liczyć sztucznej, niebieskiej poświaty. Mama siedziała w wielkim, skórzanym fotelu z podnóżkiem, regulowanym elektronicznie i tak wyściełanym, że wyglądała w nim jak niemowlak otulony betem. Przed nią zaś, na stoliku, pysznił się wielki, plazmowy telewizor.

– Epitafium dla Barbary Radziwiłłówny – oświadczyła radośnie, rzucając Marii krótkie spojrzenie, a potem znowu poświęcając całą uwagę temu, co się działo na ekranie. – Zawsze uwielbiałam Dymną w tej roli. A ta scena w balii… hm…

Maria oklapła z ulgi i usiadła na sofie. Spojrzała na półkę pod stolikiem, na której piętrzyły się płyty. Imponująca kolekcja filmów kostiumowych, starych i nowych, polskich i zagranicznych produkcji.

– Bolek przyniósł ci to wszystko? – zapytała retorycznie.

– Bolek. Bolek z Mietkiem – odpowiedziała starsza pani nieuważnie, duchem przebywając nadal w litewskich plenerach. – Jeden przyniósł telewizor, a drugi te filmy. Nie pamiętam dokładnie, który co. Zrób głośniej, bo nie słyszę. Dali mi tu taki przyrząd, ale zapomniałam już, co mam przycisnąć…

***

Ostatnie dźwięki Sonaty Księżycowej przebrzmiały i Maria wytężyła słuch. Zawoła czy nie zawoła? W sypialni panowała cisza.

Spojrzała znowu na ekran monitora. Na plecach i ramionach czuła gęsią skórkę, mimo że wieczór był ciepły. Wiedziała, że stoi na rozdrożu. Dotarła właśnie do miejsca, w którym jej linia życia rozdwajała się, by potem, prawie u kresu, znowu połączyć się w jedno.

To, co Maria przez ostatnie godziny odkrywała w Internecie, zmieniało jej życie i dawało zupełnie inną perspektywę. Mogła już zaraz, choćby w najbliższy wolny dzień, wyruszyć do Composteli!

Nie musisz jechać do Hiszpanii, aby być na Camino. Droga zaczyna się u drzwi Twojego domu” – głosił plakat, który ujrzała rano na drzwiach szpitalnej kaplicy.

Nigdy nie sądziła, że Drogi Świętego Jakuba są także w Polsce. Więcej, one przecinały całą Europę, zaczynały się na dalekim wschodzie i północy, a biegły przez Polskę, Czechy, Niemcy, Francję i schodziły się w Hiszpanii. Tysiące kilometrów, setki dni wędrowania. Czyli to, czego Maria tak bardzo potrzebowała i za czym tęskniła.

Pielgrzymi szli w grupach lub pojedynczo, jechali na rowerach, a zimą nawet na nartach! Drogi były oznakowane, istniało też mnóstwo przewodników, opisujących poszczególne etapy. Jeśli ktoś chciał, mógł przez całe lata, łącząc niewielkie odcinki, wytrwale zmierzać w stronę Santiago. Maria wiedziała już, że w najbliższą sobotę zacznie swoją pielgrzymkę i że będzie tak szła co tydzień, kawałek po kawałku.

Bolek wpadł wieczorem tylko na chwilę.

– Dobrze, że jesteś – powiedział, obejmując ją jakoś dłużej i czulej niż zwykle. – Wybacz, ale nie będę ci dzisiaj towarzyszył. Pierwszy wolny wieczór od… od dawna… Muszę się trochę otrząsnąć. Idę się upić.

Zajrzał do mamy, która leżała już w łóżku po wieczornej toalecie.

– Co dziś oglądałaś? – zapytał, przysiadając na brzegu pierzyny.

– Barbarę Radziwiłłównę – popatrzyła na niego i krytycznie pokręciła głową. – Tyle razy ci mówiłam, żebyś się ogolił, ja nie wiem, co wy wszyscy z tymi brodami! Mietek też taki zarośnięty chodzi, aż przykro popatrzeć, a taki ładny chłopiec z niego był!

Bolek parsknął stłumionym śmiechem i cmoknął ją w policzek.

– Dobrze, mamo… Kiedyś się ogolę…

W drzwiach odwrócił się jeszcze do Marii.

– Przemyślałem pewne sprawy – powiedział, jakby z lekkim zakłopotaniem. – Będę przychodził do mamy w weekendy, ale ty będziesz musiała gdzieś z domu wyjść. Choćby dla zwykłej higieny psychicznej. No… to w najbliższą sobotę zaczynamy, siostra! Znajdź sobie jakieś hobby czy inną rozrywkę…

***

Basowy sygnał komórki sprawił, że Maria oderwała wreszcie wzrok od strony Stowarzyszenia Przyjaciół Dróg Św. Jakuba w Polsce. Sięgnęła do torebki w poszukiwaniu telefonu i skrzywiła się, gdy jej dłoń gmerająca w przepastnym wnętrzu natrafiła na jakieś ostre, zimne kryształy. Wyjęła komórkę, oblizała skaleczony palec. SMS od Kazika.

„To co z tym brydżem? Proponuję pierwszą sobotę po wyjściu Janka. Albo przyjdź nas tu odwiedzić. Manuela przestała straszyć”.

„Nie odwiedzę, bo idę do pracy. W sobotę nie mogę, ale w każdy inny dzień wieczorem zapraszam do siebie” - odpisała.

„OK”.

Maria odprężyła się. Wstała od biurka i podeszła do szafy, w której trzymała butelki winem. Wzięła do ręki pierwszą z nich. Hiszpańska Rioja.

Przez chwilę stała rozmarzona, ściskając w ręce chłodne szkoło. Była szczęśliwa. Jeszcze nie dziś i nie jutro, może dopiero za kilka lat, na raty, ale przecież dojdzie tam, gdzie rosną te cudowne winogrona. Dojdzie na własnych nogach, tym samym szlakiem, jaki przemierzali polscy pątnicy już wiele setek lat temu.

Bez żalu odstawiła butelkę z powrotem do szafy. Nie potrzebowała teraz wina. Postanowiła, że napije się dopiero w drodze – może już na Morawach lub w Nadrenii, w zależności od tego, którą z dróg wybierze, a może trochę później, dopiero w Paryżu bądź w Lionie…

Jeszcze raz possała skaleczony palec, a potem wzięła do rąk torebkę. Cóż to za ostre śmieci się jej tam dostały?

Wysypała całą zawartość na stół. Ze zdziwieniem stwierdziła, że na obrusie – obok portmonetki, składanej parasolki, kluczy, kosmetyków, chusteczek higienicznych, opakowań z nowymi rajstopami oraz gumą do żucia, pastylek przeciwbólowych i wielu innych niezbędnych drobiazgów – leżą drobne odłamki szkła i spory kamień o ostrych, nierównych brzegach, z ciemnymi plamami - jak gdyby od zakrzepłej krwi.

W zdziwieniu spoglądała na swoje znalezisko. Potem, powoli, zaczęła się domyślać, skąd się to wszystko wzięło. Widocznie w czasie wypadku w tramwaju, gdy pod wpływem uderzenia upadła z siedzenia na podłogę, wysypały się jej rzeczy z torebki. Ktoś musiał je tam w naprędce powrzucać, zgarniając przy okazji też szkło i ten kamień…

Maria przez chwilę trzymała w ręce zimną, chropowatą bryłę, po zetknięciu z którą pozostał jej na skroni ślad do końca życia. Nie zastanawiała się nad tym, kto – i z jakiego powodu? – rzucił kamieniem w okno tramwaju. Nie zadawała sobie pytania, dlaczego właśnie ją ten kamień trafił w głowę. Myślała tylko nad tym, w jaki sposób to przypadkowe zdarzenie zmieniło jej życie.

Potem dokładnie wytrzepała torebkę i powkładała z powrotem wszystkie niezbędne drobiazgi. Kamień długą chwilę trzymała w dłoni, wreszcie – z pietyzmem – położyła go na biurku, obok mosiężnej podstawy lampy.

Nie był ładny, wręcz przeciwnie. Gdyby miała wybierać sobie kamień na pielgrzymkę, na pewno znalazłaby inny. Ale los sprezentował jej właśnie ten – i on miał swoje znaczenie. Zamierzała wziąć go ze sobą na Camino, by potem – gdy już dojdzie na Monte Irago – zostawić go pod żelaznym krzyżem, wraz z całym bagażem swoich lęków, trosk i przewin. Tak jak każe prastara tradycja.

KONIEC

Share this file wikio : Share this file | digg : Share this file | del.icio.us : Share this file | facebook : Share this file | scoopeo : Share this file | blogmarks : Share this file | additious : Share this file |
Share the latest files Netvibes : Share the latest files | iGoogle : Share the latest files | My Yahoo : Share the latest files | wikio : Share the latest files | RSS : Share the latest files |