mirosława kareta

"Kwiaty koniczyny"

09/03/2015 - Read 1032 times
Tego dnia, gdy Joanna miała stracić wiarę w ludzi, szacunek do siebie oraz złudzenia co do tego, kim jest i ile może, nic nie zwiastowało katastrofy. Wręcz przeciwnie, po raz pierwszy od bardzo dawna zaświeciło słońce. Po długiej, bezśnieżnej i ponurej zimie, te delikatne wiosenne promienie niosły jakąś pierwotną, niczym nieuzasadnioną radość.
Szła do pracy wolno, noga za nogą, wsłuchana w ptasie trele w łysych jeszcze gałęziach drzew i krzewów. Nie myślała o niczym, chłonęła tylko całą sobą ożywcze ciepło słońca. Za chwilę miała się zamknąć na kilka godzin w grubych murach i poświęcić temu, co robiła z pasją już od czasów studenckich – zasiąść przed mikrofonem. Joanna Packa, jeden z najbardziej rozpoznawalnych głosów Radia Tłok, wielokrotnie nagradzana autorka audycji i reportaży, w niepowtarzalnym stylu prowadząca od lat Przedpołudnie w Tłoku.
Nie podejrzewała, że ten dzień, tak pięknie rozpoczęty, zachowa w pamięci jako jeden z najgorszych w życiu. A może inaczej – jeden z najważniejszych?
Zaczęło się od głupiej literówki.
„Banki rezerwują sobie prawo do badania odchodów kredytobiorców”.
Nie od razu się zorientowała, że to powiedziała. Przecież mózg odczytuje całe wyrazy, literówki nie mają znaczenia. Piętnaście lat doświadczenia, niezliczona ilość przeczytanych serwisów. A jednak… Dopiero czerwona ze śmiechu twarz Jurka, jego załzawione oczy i wyszczerzone zęby za dźwiękoszczelną szybą uświadomiły jej, że to się wydarzyło naprawdę...

Mirosława Kareta

Tego dnia, gdy Joanna miała stracić wiarę w ludzi, szacunek do siebie oraz złudzenia co do tego, kim jest i ile może, nic nie zwiastowało katastrofy. Wręcz przeciwnie, po raz pierwszy od bardzo dawna zaświeciło słońce. Po długiej, bezśnieżnej i ponurej zimie, te delikatne wiosenne promienie niosły jakąś pierwotną, niczym nieuzasadnioną radość.

Wreszcie mogła wyciągnąć z szafy krótką dżinsową spódnicę i wielobarwne poncho, które przywiozła z podróży po Ameryce Południowej. Czapkę, szalik i rękawiczki cisnęła daleko w kąt. Zarzuciła na ramię skórzaną torbę i, po odwiezieniu córki do szkoły, zostawiła auto na odległym parkingu, a do pracy ruszyła piechotą.

Szła wolno, noga za nogą, wsłuchana w ptasie trele w łysych jeszcze gałęziach drzew i krzewów. Nie myślała o niczym, chłonęła tylko całą sobą ożywcze ciepło słońca. Za chwilę miała się zamknąć na kilka godzin w grubych murach i poświęcić temu, co robiła z pasją już od czasów studenckich – zasiąść przed mikrofonem. Joanna Packa, jeden z najbardziej rozpoznawalnych głosów Radia Tłok, wielokrotnie nagradzana autorka audycji i reportaży, w niepowtarzalnym stylu prowadząca od lat Przedpołudnie w Tłoku.

Nie podejrzewała, że ten dzień, tak pięknie rozpoczęty, zachowa w pamięci jako jeden z najgorszych w życiu. A może inaczej – jeden z najważniejszych?

***

Zaczęło się od głupiej literówki.

„Banki rezerwują sobie prawo do badania odchodów kredytobiorców”.

Nie od razu się zorientowała, że to powiedziała. Przecież mózg odczytuje całe wyrazy, literówki nie mają znaczenia. Piętnaście lat doświadczenia, niezliczona ilość przeczytanych serwisów. A jednak… Dopiero czerwona ze śmiechu twarz Jurka, jego załzawione oczy i wyszczerzone zęby za dźwiękoszczelną szybą uświadomiły jej, że to się wydarzyło naprawdę. Ale nie miała czasu na rozważania, musiała przejść płynnie do następnych informacji i mogła tylko modlić się w duchu, żeby nikt nie zwrócił uwagi na to przejęzyczenie.

Na próżno.

– Ja cię kręcę, Joaśka, ale dałaś z grubej rury – zakwilił w słuchawkach głos Jurka w pierwszej przerwie na reklamę. – Odchody kredytobiorców!

– Milcz! – warknęła, z największym wysiłkiem opanowując drżenie rąk i wpuszczając do studia troje czekających już gości.

Miała przed sobą jeszcze trzy godziny emisji. Musiała wziąć się w garść.

***

A może zaczęło się już wcześniej?

Szła do pracy nieśpiesznie przez słoneczną ulicę, nie myślała o niczym, słuchała tylko dochodzącego zewsząd świergotu. „Ptasie Radio”, przyszło jej nagle do głowy. I rewelacyjna interpretacja tuwimowskiego wierszyka w wykonaniu Ireny Kwiatkowskiej. W paśmie kolorowych obrazów stanęło jej przed oczami własne dzieciństwo oraz przedszkolne lata jej córeczki,  Misi. A potem, ni z tego ni z owego, z prędkością i blaskiem błyskawicy, mignęła jej zdumiewająca myśl:

A może by tak odstawić pigułki i postarać się o drugie?

Dziesięć lat przerwy, czterdziestka na karku, jeśli w ogóle ma być drugie, to już najwyższa pora. Inna sprawa, że wcale tego z Markiem nie planowali. I nagle teraz, w pierwszy słoneczny poranek po długiej zimie, taki pomysł. Szalona idea, która uczepiła się jej mózgu z lepkością wyżutej gumy, rozpanoszyła się tam, zdekoncentrowała ją i doprowadziła do kompletnej kompromitacji. Odchody kredytobiorców. Po piętnastu latach pracy z mikrofonem – coś takiego!

***

A może zaczęło się jeszcze wcześniej?

Poprzedniego dnia, gdy jeden z praktykantów, którego imienia nawet dobrze nie zapamiętała, podsunął jej newsa. Egzekucja komornicza na Wzgórzu Świętej Bronisławy. Normalna sprawa: niespłacony kredyt, zajęcie nieruchomości, w perspektywie licytacja. Tylko że tutaj nie chodziło o zwykłą nieruchomość, zwykły kredyt i zwykłego dłużnika. Było to mieszkanie w najpiękniejszym zakątku Krakowa, w starej willi z początków ubiegłego wieku, a należało do samotnej kobiety, matki chłopca niepełnosprawnego ruchowo i intelektualnie. Cała kwota pożyczki została przeznaczona na jego leczenie. Długu nie było z czego ściągnąć, jedyną jej własność stanowiło mieszkanie, a raczej udział w nieruchomości. Za kobietą stanęły murem stowarzyszenia osób niepełnosprawnych oraz obrony lokatorów. A ona nie zamierzała poddać się bez walki.

Wizytę komornika wraz z rzeczoznawcą majątkowym, który miał oszacować wartość zajętego mieszkania, kobieta zamieniła w happening z udziałem syna, aktywistów z różnych ugrupowań oraz przedstawicieli mediów. Pojawił się nawet jakiś bezpartyjny radny Krakowa. Wózek inwalidzki przykuto łańcuchem do furtki ogrodowej, na siatce rozwieszono transparenty. Radny przemówił, zaintonował nawet pierwszą zwrotkę „Roty”. Wzniesiono kilka antyrządowych okrzyków. Komornik wraz z biegłym, nie kryjąc zaskoczenia, zatrzymali się na ulicy. Zgromadzony tłum nie wpuścił ich na teren posesji, odeszli zatem po kwadransie, zapowiadając, że wrócą w asyście policji.

Praktykant nagrał spory materiał, z którego niewielka część została wykorzystana jako obrazek dźwiękowy w serwisie informacyjnym. Przekonywał, że to dobry temat na coś większego. Okazywał entuzjazm, który pod koniec tej koszmarnej zimy był w pracy zjawiskiem tyleż wyjątkowym, co zaraźliwym. I Joanna – wbrew temu, co jej podpowiadał doświadczony dziennikarski nos –  ten temat kupiła.

***

Niezależnie od tego, gdzie i kiedy wszystko się zaczęło, zdanie o bankach badających odchody kredytobiorców poszło w eter. Trafiło do tysięcy par uszu wiernych słuchaczy Radia Tłok i wywołało salwy serdecznego śmiechu nie tylko w Krakowie.

Joanna słyszała ten zbiorowy rechot, odbierała go tą cząstką swojej świadomości, która nie była zaangażowana w prowadzenie dalszej części programu. Tłamsząc własne emocje, podjęła dyskusję z zaproszonymi gośćmi: przedstawicielką Stowarzyszenia Ochrony Osób Zagrożonych Eksmisją, szefową Związku Osób Niepełnosprawnych i ich Rodzin oraz radnym niezależnym Miasta Krakowa. Temat nie był ani łatwy, ani śmieszny, a do tego – czemu w zaistniałej sytuacji trudno się było dziwić – Joanna kierowała rozmową zupełnie bez polotu.

– Usłyszeliśmy przed chwilą krótką relację z próby egzekucji komorniczej w jednym z krakowskich domów. Zdarzenie to stanowi dobrą ilustrację znacznie szerszego zjawiska. Z danych na koniec ubiegłego roku wynika, że ponad dwa miliony osób w Polsce ma w bankach tak zwane przeterminowane zaległości, czyli przynajmniej przez dwa miesiące nie płaciło rat kredytu – na wszelki wypadek zerknęła w zestawienia, dostarczone jej przez praktykanta. – Łącznie niespłacane długi wynoszą ponad 41 miliardów złotych. Przerażające, nie uważają państwo?

– To tylko oficjalne statystyki – odezwał się radny. – Jest jeszcze ogromna szara strefa pożyczek, parabanki oferujące wszystkie te popularne chwilówki, a także inne formy zadłużenia…

– Jak choćby niezapłacone czynsze w spółdzielniach mieszkaniowych czy mieszkaniach komunalnych – weszła mu w słowo działaczka ruchu zagrożonych utratą dachu nad głową. – W samym Krakowie orzeczenie o eksmisji bez prawa do lokalu socjalnego ma już ponad tysiąc rodzin, w Warszawie pięć tysięcy. I mogą one zostać, zgodnie z obowiązującym prawem, eksmitowane wprost do noclegowni!

– Jednakże pani… – Joanna znowu kontrolnie rzuciła okiem w notatki praktykanta – …pani Motyl, bo o jej przypadku tu dzisiaj mówimy, taka eksmisja na bruk nie grozi. Choćby ze względu na to, że ma niepełnosprawne dziecko…

– Teoretycznie, jeśli do licytacji rzeczywiście dojdzie, sąd powinien przyznać jej prawo do lokalu socjalnego. Prawda jest jednak taka, że gmina Kraków nie dysponuje takimi lokalami. Ludzie czekają na nie latami…

– Wydaje mi się, że jeśli do licytacji dojdzie, to kwota z niej uzyskana na pewno znacznie przekroczy wysokość długu – stwierdziła Joanna. – Pani Motyl będzie więc w stanie kupić sobie mieszkanie, już wprawdzie nie na Wzgórzu Świętej Bronisławy, ale na którymś z krakowskich osiedli. O co więc tyle krzyku?

– Naszym celem jest nie dopuścić do tej licytacji – odezwała się po raz pierwszy szefowa Związku Niepełnosprawnych. – Chcemy obronić jej prawo do zajmowanego obecnie mieszkania, które odziedziczyła po rodzicach i które jest jej własnością! Chcemy zmusić bank do podjęcia kroków polubownych.

 – Jednakże zadłużenie pani Motyl w obecnej chwili wynosi prawie czterdzieści tysięcy złotych. Z zebranych przez nas informacji wynika, że od roku nie płaciła odsetek, unikała spotkań z przedstawicielami banku i sama nie zrobiła nic, by osiągnąć jakieś porozumienie…

– Z naszych informacji wynika, że to bank nie zrobił nic, by jej jakoś te spłaty ułatwić – padła ostra odpowiedź. – Pani Motyl wzięła pożyczkę wysokości dwudziestu tysięcy. Przez krótki czas, z powodu naliczania przez bank karnych odsetek, wysokość długu się podwoiła. Teraz chcą jej odebrać jedyne, co jeszcze posiada, czyli mieszkanie, które jest warte co najmniej dziesięć razy tyle!

Za dźwiękoszczelną szybą Jurek puścił do nich perskie oko.

– Chcielibyśmy zapytać, co o tym wszystkim sądzą nasi słuchacze – Joanna uniosła dłoń i z uśmiechem dała znak swoim rozmówcom, że zaraz nastąpi muzyczny przerywnik. – Czekamy na państwa telefony.

Nad wejściem zgasła czerwona lampka.

– Rzecz w tym, że ona nie powinna była w ogóle dostać tego kredytu. Od początku było wiadomo, że nie zdoła go spłacić – dokończyła cicho szefowa Związku Niepełnosprawnych. – Ale jej przyznali i wzięła pieniądze, niestety. Wydała je zaraz na jakiegoś uzdrowiciela z Bieszczad…

***

Joanna prowadziła rozmowę bez polotu, gdyż duchem była zupełnie gdzie indziej.

Nie zaprzątały jej już myśli o drugim dziecku. Wyobrażała sobie natomiast swoje koleżanki z pracy, rzucające się jak sępy na to jej fatalne potknięcie, komentujące je i chichoczące po kątach. W takich sytuacjach zawsze można było liczyć na ich czujność. Słyszała echa śmiechu „życzliwych” dziennikarzy w innych redakcjach. Widziała wszystkie te memy, które wkrótce pojawią się w sieci. Przed oczami stanął jej nawet na chwilę naczelny, z miną skrzywdzonego dziecka zastygły w swoim fotelu, z rękami zawieszonymi nad klawiaturą laptopa i nabrzmiałą na skroni wielką, pulsującą żyłą. W realu zaś miała dźwiękowca, trzęsącego się nad swoją konsoletą. Mimo że wyraźnie czynił starania, by zachować powagę, twarz wykrzywiał mu co jakiś czas konwulsyjny grymas. Trzy godziny minęły, a Jurek nadal nie potrafił opanować ataków dzikiego chichotu.

Jedna tylko osoba prócz niej i naczelnego – Joanna była o tym święcie przekonana! – nie podzielała w najmniejszym stopniu tej zbiorowej wesołości. Maria, autorka serwisu i nieszczęsnego błędu. Za każdym razem, gdy Joanna o niej pomyślała, na policzki wypływały jej gorące rumieńce gniewu, a dłonie same zaciskały się w pięści. To nie było pierwsze potknięcie Marii, którą wszyscy w redakcji nazywali BeBe, a to z powodu fizycznego – i nie tylko – podobieństwa do Brigitte Bardot w jej dojrzałych latach. Blond fryzura – zawsze w malowniczym nieładzie,  z pojawiającymi się regularnych odstępach czasu siwymi odrostami – pełne usta, wielki biust, przedwcześnie pomarszczona skóra twarzy i dekoltu… Może i była kiedyś seksbombą. Może i była ćwierć wieku temu, jak twierdzili niektórzy, kochanką założyciela Radia Tłok i jego pierwszego prezesa, a więc osobą niezwykle wpływową. Teraz była jednak tylko starzejącą się, coraz bardziej roztargnioną i coraz mniej kompetentną redaktorką techniczną, której odpowiedzialność kurczyła się z roku na rok i obejmowała już tylko przygotowanie serwisów informacyjnych. A i tego nie potrafiła zrobić porządnie!

Gdy Joanna, upokorzona, dysząca żądzą odwetu, wypadła wreszcie po trzech godzinach ze studia i pojawiła się w newsroomie, Maria siedziała tam blada i przerażona. Oczywiście literówka w pliku już była poprawiona, ale poczucie winy w oczach BeBe i jej trzęsąca się broda mówiły same za siebie.

– Posłuchaj, nie wiem, jak ci to wyjaśnić… – zaczęła, wstając. Nie skończyła jednak swojej myśli i zaraz znowu opadła na krzesło, Joanna natarła na nią bowiem z impetem. Zbliżając zmrużone wściekłością oczy do nabrzmiałej twarzy BeBe, tak że mogła jak przez szkło powiększające dostrzec wszystkie szczegóły jej makijażu, wysyczała:

– O nie! Nic mi nie musisz wyjaśniać, wyjaśnisz naczelnemu… Ja tak tego nie zostawię! Nie tym razem!

Po czym odwróciła się na pięcie, strącając jeszcze swą wielką torbą jakieś papiery z sąsiedniego biurka. Zgromiła wszystkich wzrokiem, tak że uśmieszki zamarły im na twarzach, a ciekawskie lub złośliwe spojrzenia powędrowały w zupełnie inną stronę.

– Gdyby ktoś o mnie pytał, to robię materiał o tej Motyl i jej kredycie – rzuciła w przestrzeń, po czym wyszła.

Praktykant umówił ją tego popołudnia na dwa ważne spotkania.

***

Chyba podświadomie spodziewała się zobaczyć kobietę zaniedbaną, steraną życiem, pełną nienawiści, pretensji i złości na swój los. Nie dostrzegła żadnej z tych rzeczy. Dlatego spotkanie z Jadwigą Motyl tak bardzo Joanną wstrząsnęło. To nie była rozwrzeszczana, domagająca się sprawiedliwości, wymachująca pięścią przez płot bohaterka reportażu. Pani Motyl była kobietą z klasą, w typie Danuty Stenki, spokojną i wyważoną. Tylko papierosy, które odpalała praktycznie jeden od drugiego, świadczyły o zdenerwowaniu.

– Teraz, kiedy sobie przypominam szczegóły i zastanawiam się nad tym, wydaje mi się, że wszystko było od samego początku ukartowane. Mam na myśli zajęcie mieszkania – powiedziała, wydmuchując w przejrzyste, wiosenne powietrze chmurę niebieskiego dymu. Spacerowały po ogrodzie otaczającym przepiękną willę z cegły i białego kamienia.

– Chciałabym panią nagrać – odezwała się Joanna, wyjmując z torby minikomputer z mikrofonem, na którym mogła zmieścić dowolną ilość materiału dźwiękowego najlepszej jakości. Dawno już minęły te czasy, gdy jako studentka nosiła na ramieniu wielki i ciężki magnetofon analogowy z kasetami.

– Proszę bardzo, niech pani nagrywa – Jadwiga Motyl wzruszyła kształtnymi ramionami. Należała do osób, na których urodę czas nie ma wpływu, a wiek dodaje jej tylko szlachetności. – Był tu już taki młody chłopiec z pani radia, Tobiasz Górski, jeśli się nie mylę. Zadał mi mnóstwo pytań i wszystko to ponagrywał.

– Tak, przesłuchałam ten materiał – kiwnęła głową Joanna. – Zrobił kawał dobrej reporterskiej roboty, ale… ja chciałabym zapytać panią jeszcze o coś innego.

– Proszę pytać – Jadwiga Motyl zdusiła niedopałek w popielniczce leżącej na kamiennym stole, wśród zeschłych igieł modrzewia, który rozczapierzał nad nimi swe łyse gałęzie. Odetchnęła głęboko, wciągając w płuca tym razem zapach budzącego się do życia ogrodu, i spojrzała na mikrofon w ręku Joanny.

– Może to nie jest bezpośrednio związane ze sprawą kredytu i zajęcia pani mieszkania przez bank, ale wydaje mi się, że może być istotne dla rzetelnego przedstawienia całej sytuacji. Dlatego proszę mi wybaczyć to niedelikatne pytanie. Czuję jednak, że muszę je zadać – Joanna uruchomiła nagrywanie, nabrała powietrza i wypaliła wprost do mikrofonu: – Jak to jest być matką niepełnosprawnego dziecka?

Twarz jej rozmówczyni zmieniła się, jakiś skurcz przebiegł przez delikatne rysy, oczy pociemniały. Długą chwilę milczała.

– Jak to jest być matką niepełnosprawnego dziecka? – powtórzyła pytanie i Joanna była jej za to wdzięczna. Im mniej będzie w nagraniu głosu reportera, tym lepiej. – To dożywotnia niewola. Miłości. Całkowite oddanie. Przeżywanie wszystkiego podwójnie, za siebie i za dziecko. Bólu, strachu, radości, szczęścia. Odbieranie podwójnie tych wszystkich ciekawskich i niechętnych spojrzeń. Większość ludzi nie wie, jak ma nas traktować, jak na nas patrzeć… Zachowują się sztucznie. Zresztą, co się dziwić im, obcym, skoro nawet mój mąż, nawet ojciec… odszedł. To częsta sytuacja. Wielu mężczyzn nie potrafi tego udźwignąć – znowu zamilkła, jakby się zastanawiała, co jeszcze może dopowiedzieć. Joanna wstrzymała dech, tylko ptasie trele zapełniały kolejne bajty na karcie pamięci. – I ta nieustanna troska: co będzie, kiedy mnie zabraknie… Nikt, kto tego nie przeżył, nie zrozumie…

Na ulicy za ogrodzeniem dały się słyszeć głosy. Jadwiga Motyl podniosła wzrok i rozpromieniła się.

– O, Filip wrócił ze świetlicy! Tak nazywamy ośrodek dziennego pobytu, do którego jeździ… Sąsiadka dzisiaj odebrała go z busa, gdy ja czekałam na spotkanie z panią – otarła oczy wierzchem dłoni i ruszyła żwawo w stronę bramy, zapominając o nagraniu, już całkowicie skoncentrowana na swoim synu. – Zawsze mogę na kogoś liczyć w takich sytuacjach. Mam szczęście, dobrzy ludzie tu mieszkają.

Filip był szczupłym siedemnastolatkiem o ciemnych włosach i wielkich brązowych oczach. Ciało i rysy miał delikatne, jak dziewczyna, ale też ślady lekkiego zarostu na szczupłych policzkach. Wyraźny przykurcz mięśni z prawej strony szyi powodował, że jego twarz wzniesiona była stale w stronę nieba i zwrócona lekko na lewo. Mówił niewyraźnie, z trudem, przeciągając sylaby, ale słowa, które wypowiadał, miały sens.

– Dziś były mielone koklety – powitał matkę radosną informacją, głośno, jeszcze na ulicy. Wychylił się z wózka inwalidzkiego, wyciągając rękę w stronę nadchodzącej. – Z ziemniakami i marfefką!

***

– Z tym kredytem to było tak. Wcale nie liczyłam na to, że go dostanę – pani Motyl podjęła na nowo swą opowieść, już w salonie, przy kawie. Tym razem nie zapaliła ani jednego papierosa. Joanna podejrzewała, że to obecność syna powoduje, iż jej rozmówczyni tak panuje nad sobą i swoim nałogiem. – Nawet kiedy podałam byłego męża jako potencjalnego żyranta, a prowadził on wówczas świetnie prosperującą firmę, nie zrobiło to na nich żadnego wrażenia. Pytali o inne zabezpieczenie. I wtedy powiedziałam o mieszkaniu… Dzień później była decyzja.

– Dlaczego nie pożyczyła pani po prostu pieniędzy od męża, skoro tak dobrze mu się powodzi? – zainteresowała się Joanna.

– Mój mąż… On nie wierzy, że Filipowi można jeszcze pomóc. Powiedział, że nie da już ani grosza na tych wszystkich szarlatanów, jak się wyraził. A ja, mając do wyboru poddać się i nic nie robić lub chwytać się nawet najmniejszej szansy, zawsze wybieram to drugie… Zresztą ten pan z Ustrzyk wcale nie jest naciągaczem. Filipowi po powrocie od niego bardzo poprawiło się napięcie mięśni, dużo lepiej mówi, może nawet w mieszkaniu przez kilka minut poruszać się na własnych nogach, w chodziku… Wbrew temu, co niektórzy myślą, to nie były pieniądze wyrzucone w błoto.

– Dlaczego przestała pani spłacać kredyt?

– Rok temu mąż wpadł w finansowe tarapaty. Przestaliśmy dostawać od niego alimenty. Bez tych przelewów, na samym zasiłku opiekuńczym, ledwo mogłam związać koniec z końcem.

 Filip, słuchający dotąd w bezruchu wypowiedzi matki, teraz szarpnął się na wózku i podniósł głowę.

– Nic nie mów! – powiedział niespodziewanie twardym, rozkazującym tonem. – Tata jest… w porządku.

Jadwiga Motyl spojrzeniem i ruchem ręki dała Joannie znać, że nic już więcej nie powie, choć niekoniecznie ma takie samo zdanie, jak syn.

– A ty, Filipie, co o tym wszystkim myślisz? – Joanna z mikrofonem przysunęła się do chłopca. – Na pewno też cię martwią problemy twojej mamy…

Filip uśmiechnął się szeroko, uszczęśliwiony, że może wziąć udział w nagraniu.

– Nie, mnie nic nie martwi – powiedział, przeciągając znowu sylaby i długo przygotowując się do wypowiedzenia każdego zdania. – Ja wiem, że wszystko się dobrze skończy. Ona nam pomoże.

Podniósł rękę, w której od chwili przyjazdu ze świetlicy ściskał kurczowo jakiś wymięty, kremowy obrazek.

– Kto to jest – ona?

– Matka Boska od Wykupu Niewolników – odpowiedział powoli i wyraźnie, tym razem nic nie przekręcając. – Ona pomaga takim, jak my.

Jadwiga Motyl przycisnęła dłoń do czoła, zasłaniając oczy. Bezradnie pokręciła głową, ale wargi same się jej ułożyły w uśmiech.

– Skąd masz ten obrazek? – pytała dalej Joanna.

– Pani Bożenka mi dała – wyjaśnił chłopak, a na wspomnienie pani Bożenki rozjaśnił się znowu. – Mówiła, że jej pomogła. Jak nie miała pracy. I w ogóle.

– Pani Bożenka jest osobą wielkiej wiary – wtrąciła cicho jego matka. – Gotuje dzieciom posiłki w ośrodku.

– Będziemy się modlić do Matki Boskiej od Wykupu Niewolników i ona nas wykupi – oświadczył Filip z niezachwianą pewnością.

Jadwiga Motyl podniosła się z miejsca, jakby nagle podjęła jakąś decyzję.

– Pokażę pani cały dom. Nie ma podziału fizycznego. Choć mieszka tu pięć rodzin, mamy jedną księgę wieczystą. Z hipoteką zajętą przez mój kredyt, od dwóch tygodni obłożoną dodatkowo wpisem o wszczęciu egzekucji – powiedziała, ujmując uchwyt wózka inwalidzkiego. Popchnęła fotel w stronę wielkich drzwi balkonowych, prowadzących na kamienny taras, opleciony dzikiem winem. – A ty, Filipku, posiedzisz chwilę w ogrodzie. Na słońcu. Nareszcie przyszła wiosna.

Na parterze i na piętrze secesyjnej willi mieściły się po dwa mieszkania. Jeszcze jedno lokum, zajęte przez starsze małżeństwo, położone było w suterenie od strony ogrodu.

– Mój udział jest dużo większy niż samo mieszkanie, które zajmuję. Największy we wspólnocie. Przynależą do mnie metry kwadratowe we wszystkich innych lokalach. Dlatego bank, zajmując moją część nieruchomości, tak naprawdę kładzie łapę także na innych. Zyskuje decydujący głos we wszystkich sprawach wspólnoty. Może, jednego po drugim, wysiedlać moich sąsiadów do mieszkań zastępczych, jeśli nie będzie ich stać na spłatę brakujących im udziałów. Co jest bardzo możliwe, gdyż ceny nieruchomości, akurat w tej okolicy, są horrendalne.

Joanna kiwnęła głową. Ostatnio Rada Miasta uprzedziła zakusy deweloperów i zakazała dalszych inwestycji mieszkaniowych na Wzgórzu Świętej Bronisławy, od Salwatora aż po kopiec Kościuszki. Tym sposobem osiedle zabytkowych domów miało pozostać jedyną zabudową w tej części wzgórza. Miejsce to stawało się – zaraz po okolicach Rynku Głównego – najbardziej ekskluzywną lokalizacją w mieście.

 – Jeśli to dobrze przeprowadzą, to za rok lub dwa, tanim kosztem, bank może pozyskać tę willę w całości – zakończyła pani Motyl. – A wtedy jej wartość wyniesie już kilka milionów…

– Bardzo sprytne – mruknęła Joanna. Rozmawiały poza protokołem, mikrofon miała schowany głęboko w torbie. – Czy pani sąsiedzi nie obawiali się, że to może tak się skończyć?

– Mieszkam tu od urodzenia. Znam tych ludzi i oni mnie znają. Dlatego też bez problemu wyrazili zgodę, by jako zabezpieczenie mojej pożyczki wzięto nasz dom. Dostarczyłam to do banku na piśmie. Nikomu wtedy do głowy nie przyszło, mnie również, że mogę mieć jakieś problemy ze spłatą… To nie była znowu taka wielka suma…

– A pani były mąż nie czuje się winny tej sytuacji?

– Mój mąż zajmuje się ratowaniem swojej firmy. Ciągle wierzy, że niebawem stanie na nogi i uda mu się to jeszcze jakoś odkręcić. A głębi ducha, jak podejrzewam, uważa, że sama jestem sobie winna. Że niepotrzebnie za wszelką cenę szukam jakiejś szansy dla Filipa…

– A współlokatorzy?

– Są przerażeni, tak jak ja. To oni ściągnęli tu media i nagłośnili całą sprawę.

– Dlaczego dotąd nie wydzieliliście hipotecznie tych wszystkich mieszkań?

– Myśleliśmy o przeprowadzeniu podziału fizycznego, takie propozycje wysuwał głównie mój mąż, kiedy tu jeszcze z nami mieszkał. Ale właśnie sąsiedzi sobie tego nie życzyli, gdyż musieliby nam bardzo dużo dopłacić…

Jadwiga Motyl pokonała ostatnie stopnie. Znajdowały się na szczycie klatki schodowej z zabytkową, kutą balustradą. Także stolarka drzwiowa była zabytkowa, a nowoczesne okna w budynku musiały być zapewne robione na zamówienie, pod nadzorem konserwatora.

– Mnie ten układ nigdy nie przeszkadzał. Mamy bowiem od lat  taką niepisaną umowę, że reszta moich udziałów znajduje się tutaj – powiedziała, wskazując ręką drzwi prowadzące na strych. – A skoro uczyniłam dzisiaj już tyle różnych, najbardziej osobistych wyznań, to pokażę pani jeszcze i to.

***

Całe poddasze wypełniały obrazy. Zajmowały każdy skrawek wolnej przestrzeni na ścianach i na podłodze. Pod wielkim oknem połaciowym stały sztalugi z niedokończonym płótnem. Joanna w milczeniu zatrzymała się pośrodku pomieszczenia. Powiodła wzrokiem po skręconych sylwetkach, wyciągniętych w geście błagania dłoniach, wykrzywionych do krzyku ustach i rozwartych cierpieniem oczach, które otaczały ją z każdej strony. Obrazy przedstawiały postacie kobiet i mężczyzn zamknięte w ciasnych, klaustrofobicznych pomieszczeniach. Zawsze jednak skrywały jakieś małe, niepozorne źródło światła – promień słońca wpadający przez okno, odblask ulicznych latarni, płomyk świecy na stole, iskry żaru w kominku – które przyciągało wzrok. Straszne i mroczne, a jednak dające nadzieję…

– Boże, jakie to piękne – szepnęła Joanna, podchodząc do płótna, które stało jeszcze na sztalugach.

Twarz chłopca, wyobrażonego na obrazie w pozycji siedzącej, w jakiś nieuchwytny sposób przypominała delikatne rysy Filipa. Jego dłonie były kurczowo zaciśnięte na oparciu fotela, jak gdyby próbował podnieść się z miejsca, a w oczach widać było nieskończony wysiłek, smutek i ból. W tle, za jego plecami, mieniła się mnóstwem kolorowych światełek czarna choinka.

– Tylko dzięki temu, że swoje uczucia zrzucam tutaj, tam na dole pozostaję ciągle jeszcze przy zdrowych zmysłach – powiedziała cicho Jadwiga Motyl.

***

Na spotkanie z przedstawicielem banku Joanna przybyła mocno spóźniona.

– Witam – przystojny brunet mniej więcej w jej wieku, ubrany w nienaganny garnitur, wstał zza biurka i wyciągnął rękę, jednocześnie odprawiając ruchem głowy ochroniarza, który ją wprowadził. – Już miałem iść do domu. Nie sądziłem, prawdę mówiąc, że się pani zjawi. Myślałem, że odpuściła pani sobie ten temat.

– Tak? – zdziwiła się Joanna. – A dlaczego tak pan myślał?

Wzruszył ramionami.

– Nie ma tu nic ciekawego – oświadczył. – Takich spraw są tysiące i robienie medialnego szumu wokół jednej egzekucji doprawdy mija się z celem. Wydawało mi się, że pani szefostwo już to sobie uświadomiło i zaniechało polowania, ale cóż, skoro nie odwołali pani jeszcze z tego tropu…

Chociaż ta wypowiedź wywołała u Joanny lekkie drgnienie niepokoju, użyte przez niego porównanie jej osoby do psa gończego tylko ją rozzłościło i zaostrzyło dziennikarski apetyt na dobrą polemikę.

– Pan pozwoli, że sama zadecyduję, czy jest o czym robić reportaż, czy nie – powiedziała sucho, wyjmując swój sprzęt i zdecydowanym ruchem podsuwając mu mikrofon pod sam nos. – Proszę mi powiedzieć, na jakiej podstawie przyznano pani Motyl kredyt konsumpcyjny?

– Po pierwsze pani Motyl nie otrzymała konsumpcyjnego kredytu gotówkowego, a pożyczkę hipoteczną. Prosiłbym o zachowanie ścisłości. A po drugie, otrzymała ją na takiej samej podstawie, na jakiej nasz bank przyznaje wszystkie inne kredyty. Sprawdziliśmy jej sytuację finansową, zabezpieczenie, wszystkie czynniki ryzyka dla banku i kolegialnie – gdyż nigdy nie jest to decyzja jednej osoby, zawsze podejmuje ją grupa pracowników banku, a zatwierdza dyrektor – przyznaliśmy kredyt. Nie będę ukrywał, że trudne położenie, w jakim znajduje się pani Motyl – nie wiem, czy pani wie, ale jest samotną matką wychowującą niepełnosprawne dziecko – miało niebagatelny wpływ na naszą decyzję. Pani zapewne nie zdaje sobie z tego sprawy, ale te pieniądze zostały przeznaczone na rehabilitację chłopca…

Joanna zgrzytnęła w duchu zębami, zastanawiając się, ile będzie roboty z wycinaniem tych jego wtrąconych uwag pod jej adresem.

– Może pan wierzyć lub nie, ale sytuacja pani Motyl jest mi dobrze znana – zrewanżowała się gładko. – Wydaje mi się jednak, że bank nie powinien brać pod uwagę takich czynników jak ten, na co kredytobiorca przeznacza pożyczkę konsumpcyjną. Raczej powinien rozważyć, czy osoba składająca wniosek będzie w stanie ją potem spłacić.

– Zapewniam panią, że nie zaniedbaliśmy tego. Nie jesteśmy instytucją charytatywną, choć włączamy się w wiele akcji społecznych, że wspomnę tylko kampanię na rzecz zdrowego żywienia w stołówkach szkolnych czy pomoc finansową dla szpitala dziecięcego…

– Przepraszam, ale nie to jest tematem naszej rozmowy – Joanna bezpardonowo cofnęła mu mikrofon. – Pani Motyl nie pracuje, utrzymuje się ze świadczenia pielęgnacyjnego. Jakim cudem uzyskała zdolność kredytową?

– Myślę, że to nie jest temat do publicznych rozważań. To poufne sprawy pomiędzy bankiem a jego klientką. Powiem tylko, że widocznie posiadała takie atuty, które pozwoliły nam na pozytywne rozpatrzenie wniosku.

– Ma pan na myśli alimenty?

– Odmawiam odpowiedzi na to pytanie.

– Wiem, że były mąż pani Motyl jest przedsiębiorcą. Wysokość nałożonych na niego alimentów była rzeczywiście znaczna. Dlaczego jednak w takim wypadku nie został poręczycielem? W obecnej sytuacji, gdy przestał się wywiązywać ze swych zobowiązań i to z jego winy pani Motyl nie jest w stanie spłacać rat, odpowiadałby za kredyt własnym majątkiem. Tymczasem bank znalazł zupełnie inne zabezpieczenie…

– Bank szuka takich zabezpieczeń, które najlepiej zagwarantują mu odzyskanie pożyczonych pieniędzy wraz z odsetkami.

 – I ustanowił jako zabezpieczenie mieszkanie pani Motyl, a nawet nie tyle mieszkanie, co należące do niej udziały w nieruchomości. To bardzo dziwna sprawa. Zazwyczaj banki nie zabezpieczają się na udziałach we współwłasności.

– W tym przypadku jednak współwłaściciele ochoczo wyrazili zgodę na zajęcie hipoteki i to nas przekonało.

– To mi się wydaje wyjątkowo lekkomyślne, zarówno ze strony tych współwłaścicieli, jak i banku. Od początku bowiem było wiadomo, że pani Motyl nie dysponuje wystarczającymi środkami, by spłacić tę pożyczkę. Ona w ogóle nie powinna była tego kredytu dostać!

– Co pani sugeruje?! – zdenerwował się wreszcie rzecznik prasowy. Nachylił się w jej stronę, ciemne oczy błysnęły mu złośliwie. – Że za mało dokładnie zbadaliśmy jej odchody? Czy to chciała pani powiedzieć?

– Dokładnie to – odrzekła Joanna, patrząc mu prosto w oczy.

– To pomówienie! – warknął.

– Więc twierdzi pan, że bank dochował pełnej staranności przy rozpatrywaniu wniosku pani Motyl?

– Tak właśnie twierdzę. Bank dochował pełnej staranności w tej sprawie!

Joanna wyłączyła funkcję nagrywania. Udało się. Miała to jedno zdanie, które chciała wykorzystać. Całą resztę rozmowy mogła spokojnie wyrzucić do kosza.

– Dziękuję – rzuciła, chowając mikrofon do torby. Nie zaszczycając swojego rozmówcy spojrzeniem ruszyła do wyjścia.

***

Uczucie niepokoju, które pojawiło się na samym początku spotkania z przedstawicielem banku, nie ustępowało, gdy Joanna, uczepiona uchwytu w przeładowanym tramwaju, wracała w popołudniowych korkach do siedziby radia. Ten bufon był zbyt pewny siebie, zbyt nonszalancki, zbyt bezczelny… Odpowiadał na jej pytania tak, jakby z góry wiedział, że cała ta rozmowa niczemu nie służy. A już ten dowcipasek, na który sobie pozwolił w finale, przeszedł wszelkie granice dobrego smaku…!

Joanna czuła tak wielki gniew, jakiego dotąd jeszcze w pracy nie przeżywała. Owszem, zdarzało się jej spotykać różnego rodzaju krętaczy, łajdaków i kłamców. Udało się jej zdemaskować kilka gospodarczych przekrętów i urzędniczych wpadek. Ale we wszystkich tych sprawach działała obiektywnie, chłodno i w pełni profesjonalnie. Teraz zaś – w odpowiedzi na niewybredną uwagę bankowca – szykowała się na prywatną wojnę.

Esemes od naczelnego, który odebrała już po wyjściu ze spotkania, bynajmniej nie poprawił jej nastroju. „Musimy porozmawiać jeszcze dziś. Nalegam”. To brzmiało dość złowróżbnie. Joanna zadzwoniła do domu i uprzedziła Marka, że późno wróci. Zwykle nie komentował takich sytuacji, tym razem jednak nie krył niezadowolenia.

– Postaraj się być jak najszybciej. Mamy tu z Michasią małą różnicę zdań, potrzebuję wsparcia… – poprosił. Fukanie i prychanie w tle świadczyło o tym, że ich córka też jest mocno zdenerwowana.

Może to ta nagła wiosna sprawia, że dziś wszystkim krew się burzy w żyłach, pomyślała Joanna. Wysiadła z tramwaju dwa przystanki wcześniej i poszła do radia piechotą. Chciała się uspokoić. Miała nadzieję, że słońce, woń mokrej ziemi i ptasie głosy zabiją w niej to niedobre przeczucie. Ten unoszący się w powietrzu, rano jeszcze nieuchwytny, a z czasem coraz bardziej wyraźny zapach klęski, który niepokoił jej wyczulony nos. A reporterski węch rzadko ją mylił, bardzo rzadko.

***

Naczelny czekał na nią w swoim gabinecie nad kubkiem z niedopitą kawą i dwulitrową butelką coli.

– Chcesz? – zaproponował, wyjmując z barku lód i wysoką szklankę.

– Dzięki, tylko wodę.

Nalał mineralnej, dorzucił elegancko plasterek cytryny i kilka kostek lodu. Usiadł w fotelu naprzeciw.

– Powiem krótko. Sprawę tych kredytów i egzekucji uważamy za zamkniętą. Jutro masz się zająć planowaną przez miasto likwidacją dwudziestu szkół.

Joanna, choć przygotowana na taki obrót sytuacji, omal nie zachłysnęła się swoją wodą.

– Żartujesz chyba!

– Nigdy nie mówiłem bardziej serio. Nie tykamy tego. Prikaz z najwyższego, tonącego w chmurach szczytu ośmiotysięcznika… Więcej ci nie powiem.

– Kto?

–Asieńko, nie chcesz wiedzieć…

– Maciusiu, chcę, i to bardzo chcę. Mam w ręku materiał nie tylko na dobry reportaż, ale na sprawę śledczą dużego kalibru. I to na szerszym tle, bo ten problem w całym kraju narasta. Muszę jeszcze dograć kilku ekspertów, być może zahaczyć o podobne przypadki w innych miastach i będziemy mieli bombę…!

– Nie będziemy mieli, bo tego nie wyemitujemy – odpowiedział zimno naczelny, grzechocząc lodem w swojej szklance. – Masz poświęcić swój czas pozaantenowy na te nieszczęsne szkoły. Dowiedz się, jakim kluczem gmina posługuje się, typując placówki do likwidacji, pogadaj z nauczycielami, uczniami, rodzicami. Zapowiada się niezła pyskówka, temat jest gorący, w sam raz na początek kwietnia…

– Słuchaj, nie wciskaj mi tu kitu ze szkołami, tylko się wreszcie zainteresuj tym, co mam! A mam świadome działanie banku na niekorzyść klienta… – Joanna nachyliła się w jego stronę, pewna, że potrafi go przekonać.

– Asieńko, możesz mieć nawet drugą aferę Watergate, ale my tego nie wyemitujemy – choć byli sami, naczelny mimowolnie ściszył głos. – Nie będę wchodził w szczegóły, powiem ci tyle, że w zarządzie tego banku zasiada nie kto inny, jak brat przyrodni żony naszego…

Nie dokończył. Drzwi do gabinetu otworzyły się bez pukania. Prezes wparował do środka energicznym krokiem. Wysportowany, w wiśniowej marynarce i czarnych dżinsach, wyglądał na czterdziestolatka, a miał już sześćdziesiątkę. W redakcji nazywano go Draculą, a to ze względu na okazałe kły, które błyskały drapieżnie, gdy się uśmiechał. No i poza tym, był rzeczywiście krwiopijcą – utrzymywał się przecież z ich krwawicy.

Joanna i naczelny zerwali się z foteli na równe nogi. Tylko w części wynikało to z zaskoczenia. Pomimo pozorów luzu prezes utrzymywał dystans wobec swojej załogi, co zresztą wszystkim wychodziło na dobre. Nikt z redakcji nie pragnął zbytniej z nim bliskości.

– Nie przeszkadzam? – nie czekając na odpowiedź, zajął miejsce na kanapie i dał im ręką znak, by też usiedli. Jednym spojrzeniem ogarnął całą sytuację. – Wałkujemy temat banku?

– Panie prezesie, wydaje mi się, że odpuszczenie tego tematu byłoby wielkim błędem – powiedziała Joanna z całą stanowczością, na jaką ją było stać. Naczelny milczał, nerwowo splatając i rozplatając palce na szklance z colą.

Dracula przez chwilę nie mówił nic. Powietrze w gabinecie jakby zgęstniało.

– Mnie się wydaje, że grzebanie w tym gównie już nam przyniosło same szkody, pani Joanno. Naraziło na śmieszność – powiedział wreszcie twardo. – I mam na myśli nie tylko to przejęzyczenie, którym ubawiła pani dziś po pachy pół Polski…

Joannie na chwilę dech zaparło, więc nie mogła zareagować. Wydawało się jej, że dość dobrze zna prezesa, wiedziała, że jest dupkiem. Ale żeby aż takim…?! On tymczasem ciągnął:

– Mamy w tym banku wielką, bardzo dogodnie oprocentowaną pożyczkę, którą wzięliśmy pięć lat temu na modernizację zespołu emisyjnego i budowę studia koncertowego. Jak pani sobie wyobraża, że spojrzę teraz w oczy dyrektorowi, który tak bardzo poszedł nam wtedy na rękę?

Joanna opuściła wzrok. Na policzkach czuła gorąco, w uszach szum.

– Temat tej wariatki z Salwatora uważam za zamknięty, a pani, dla równowagi, zrobi króciutki materiał o akcjach społecznych, w które angażują się  największe instytucje kredytowe. Ze szczególnym uwzględnieniem n a s z e g o banku…

– Panie prezesie! Nie może mi pan tego zrobić! – wyrwało się Joannie z głębi serca. Wiedziała, że powinna przyjąć jego słowa z większą godnością, ale myśl o ponownym spotkaniu z rzecznikiem prasowym banku napełniła ją przerażeniem.

Dracula błysnął zębami w jasnym świetle energooszczędnych żarówek. Za oknem zapadał już zmrok. Nic nie powiedział, ale właściwie nie musiał. W Joannę jakby coś wstąpiło.

– To przejęzyczenie też nie było z mojej winy! Autorka serwisu przepuściła literówkę, zdarza się jej to zresztą notorycznie…

Nie mogła uwierzyć, że to mówi. Chyba ktoś inny wypowiadał za nią te słowa! Uśmiech zniknął z twarzy prezesa, naczelny również wpatrywał się w nią szeroko otwartymi oczami.

– Pani Maria? – zapytał krótko Dracula.

– Owszem… To znaczy, nie chciałabym zrzucać na nią winy, ale…

– Ale właśnie to pani zrobiła – przerwał jej w pół zdania. – Zresztą, jak pani słusznie zauważyła, nie była to pierwsza wpadka spowodowana przez panią Marię. Zajmę się tym. Po co w ogóle włączyła do serwisu tę informację? Co ją podkusiło, żeby się czepiać tej egzekucji? Z kim to w ogóle skonsultowała?

– Panie prezesie… To wszystko nie tak… – chciała sprostować Joanna, ale zacukała się tylko. Naczelny milczał jak zaklęty.

– Pani Asiu – Dracula nie słuchał tego, co próbowała z siebie wykrztusić. – Rozstanie z BeBe na pewno będzie dla radia dużo mniejszym ciosem, niż utrata jednego z naszych najlepszych głosów… A nie będę ukrywał – sytuacja wokół tej sprawy zrobiła się taka, że ktoś musi za to beknąć…!

Sprężyście poderwał się z miejsca, podczas gdy oni, jak zamurowani, nadal tkwili w swoich fotelach.

– Żegnam cię, Maćku. I naszą gwiazdę anteny – ukłonił się w kierunku Joanny z przesadną grzecznością. – Zbierajcie zabawki, drodzy państwo, nie wymagamy przecież od was, byście poświęcali pracy swój prywatny czas. Jutro też jest dzień…

Joanna wstała sztywno, upokorzona. Skinęła głową, nie patrząc nikomu w oczy i – wymijając w drzwiach Draculę – ruszyła do domu.

***

Misia leżała już w łóżku, ale ślady burzy, która rozpętała się pod nieobecność Joanny, nadal były dobrze wyczuwalne w powietrzu. Marek przed ekranem telewizora usiłował ukoić nadszarpnięte nerwy. Bycie ojcem córki, która powoli przestawała być dzieckiem i wchodziła w tak zwany trudny wiek, coraz częściej go przerastało.

– No, jesteś, Bogu dzięki! – oświadczył, gdy tylko Joanna przekroczyła próg mieszkania. Od razu zauważył, jak sponiewierana jest jego żona. Zaczerwienione powieki, blada cera, roztrzęsione dłonie – czujnemu oku lekarza, chociaż stomatologa, nie uszły wszystkie te widoczne gołym okiem objawy – ale przypisał to zwykłemu zmęczeniu.

– Już ci podgrzewam lazanię – powiedział, nalewając jej szklankę soku pomarańczowego, do którego wycisnął jeszcze połówkę cytryny. Duża dawka witaminy C stanowiła, jego zdaniem, najlepszy sposób na regenerację sił po ciężkim dniu. A w każdym razie mogła zapobiec temu, że Joanna zaśnie na stojąco, zanim jeszcze przyłoży głowę do poduszki. Nie chciał jej dziś pozwolić na taką rejteradę. Miał do obgadania ważny problem wychowawczy.

– Co się stało? – Joanna umyła ręce i opadła na krzesło w kuchni. Nie miała ochoty rozmawiać teraz o swoich zawodowych sprawach, choć wiedziała, że prędzej czy później opowie mu o wszystkim. Nie mieli przed sobą tajemnic. A już decyzje o takiej wadze jak ta, która dojrzewała w niej przez całą drogę z radia do domu, zawsze ze sobą uzgadniali.

– Twoja córka wymyśliła, że pofarbuje sobie włosy – wyrzucił z siebie Marek, starając się, by nie zabrzmiało to zbyt oskarżycielsko. – Nie tylko wymyśliła, ale i zrealizowała ten pomysł, kupując jakąś saszetkę i myjąc tym paskudztwem głowę. Masz teraz rude dziecko.

– Chyba razem mamy – sprostowała Joanna, krzywiąc się po przełknięciu bogatej w witaminę C i niemiłosiernie kwaśnej mikstury. W duchu zgadzała się z nim, że te skłonności do ekstrawagancji i szalonych postępków Michalina odziedziczyła właśnie po niej, lecz fakt, że było to ich wspólne dziecko, pozostawał niezmienny.

– Zapowiedziałem, że biorę ją jutro do fryzjera i golimy głowę na zero – powiedział trochę głośniej, niż należało, a wrzask protestu, jaki doszedł w tej samej chwili z sypialni ich córki świadczył o tym, że było to widowisko wyreżyserowane.

– Czym pofarbowałaś włosy? – zapytała spokojnie Joanna.

– Szamponetką – Misia, ubrana w piżamę, pojawiła się w drzwiach. – Prawie nie widać różnicy! I zejdzie po dwudziestu myciach!

– Wobec tego jutro dwadzieścia razy umyjemy głowę – Joanna ze zgrozą spojrzała na marchewkowe włosy swojego dziecka. Michalina w dzieciństwie miała na głowie śliczny jasny blond, który – jak to często bywa z klasycznym typem urody nadwiślańskiej – zaczął z czasem ciemnieć i przechodzić w ów nieokreślony, myszowaty odcień brązu. Teraz zaś – ze swoimi wielkimi jedynkami i lekkim przodozgryzem – ich córka przypominała wiewiórkę.

– Nieee! Nie możesz mi tego zrobić! – krzyknęła Michalina, a Joanna przypomniała sobie w tej chwili własne słowa, wypowiedziane godzinę wcześniej w rozpaczy do Draculi.

– Wolisz wylecieć ze szkoły? – wtrącił się Marek, stawiając przed swoją żoną talerz z gorącą kolacją.

– Nie wylecę – oświadczyła Misia, wychodząc wreszcie zza framugi i dosiadając się do stołu. – Julka, Pola i Wika już od trzech dni mają pofarbowane włosy i nie wyleciały!

– Żartujesz!

– Wcale nie! I ogłosiły, że kto chce należeć do ich klubu, też musi być rudy. Więc, sami rozumiecie, ja po prostu nie mam wyjścia!

Joanna i Marek spojrzeli sobie głęboko w oczy.

– Co to za klub?

– No… klub najfajniejszych dziewczyn.

– Aha. A kto powiedział, że właśnie one są najfajniejsze?

– Nikt nie powiedział, wszyscy to wiedzą!

– Dlatego że mają rude włosy?

– Oczywiście, że nie tylko dlatego! – zniecierpliwiła się Misia. – Ubierają się najfajniej, chodzą do siebie na nocowanie, jeżdżą konno, a Pola to ma nawet własnego konia! Jak jest szkolne przedstawienie, to właśnie one dostają główne role. Wygrywają konkursy plastyczne. Były na plakacie reklamującym nasz szkolny chór. No i poza tym… No, ich rodzice są często w szkole, pomagają pani wychowawczyni, mówią po imieniu do pana dyrektora i w ogóle się angażują. Nie tak, jak wy!

To ostatnie zdanie zawierało głęboki wyrzut.

– Czy w związku z tym, że my się nie angażujemy, ty nie jesteś najfajniejsza? – Joannie kęs lazanii utknął w gardle.

– Nie jestem – powiedziała Misia z goryczą. – Ale mogę być, bez waszej pomocy. Dlatego pofarbowałam włosy.

– I co to zmieni, jak cię przyjmą do tego klubu? Będziesz mogła patrzeć z góry na inne dzieci?! – zdenerwował się Marek. – I co to w ogóle za wychowawczyni, która się zgadza na takie fryzury!

Michalina wzruszyła ramionami. Marek tymczasem uniósł się jeszcze bardziej.

– Zaczyna się od włosów, mody, chęci przynależności do klubu najfajniejszych dziewczyn! – zwrócił się do Joanny. – A na czym się skończy?! Czy będzie potrafiła za kilka lat odmówić zapalenia skręta? Czy będzie miała odwagę, by kiedyś sprzeciwić się grupie? Czy będzie potrafiła samodzielnie myśleć?

Joanna uspokajająco ścisnęła mu dłoń. Czuła, jak mimo uderzeniowej dawki witaminy C, ogarnia ją niemoc i potworne zmęczenie. Nie miała siły tego wieczoru na roztrząsanie problemów dziesięciolatki i pedagogiczne podchody. Własne troski przygniatały ją zbyt mocno.

– Słuchaj, Misiu, idź już do spania. Jutro zastanowimy się nad tym wszystkim i pogadamy. Pewnie nie pójdziesz do szkoły, bo coś z tym odcieniem trzeba będzie jednak zrobić… Złagodzić go jakoś…

Córka spojrzała na nich z ukosa. Wyraz jej twarzy mówił dobitnie, że się tak łatwo nie podda.

– Mogę ostatecznie zrezygnować z tych włosów – powiedziała, podnosząc się z miejsca.  – Ale tylko wtedy, jak mi kupicie konia… Albo przynajmniej psa!

***

Noc była ciepła, przez uchylone okno sączył się do sypialni zapach wiosny. Boleśnie przypominał Joannie wszystkie zdarzenia kończącego się dnia. Okropną wpadkę przy czytaniu serwisu. Spotkanie z Jadwigą Motyl i jej chorym synem. Słowny pojedynek z rzecznikiem banku. Kategoryczny ton Draculi. I własne tchórzostwo, a nawet podłość, gdy ratując skórę zrzuciła winę za przejęzyczenie – a całkiem możliwe, że i za całą zaistniałą sytuację – na nieszczęsną BeBe. Która prawdopodobnie nie będzie miała nawet na tyle rozumu, żeby się jakoś wybronić.

Marek słuchał jej z poświęceniem psychoterapeuty, choć był przecież dentystą. Leżeli wsparci o poduszki, popijając czerwone wino. Joanna opowiedziała mu wszystko i wreszcie doszła do najważniejszego momentu.

– Mam dość. Uświadomiłam sobie dzisiaj, że jestem nikim i nic nie znaczę. Mogą mi wszystko nakazać i zakazać, a ja, jak marionetka, muszę wykonywać ich polecenia. Będę przekazywać na antenie swoim głosem cudze myśli. A nieświadomi niczego słuchacze będą mi wierzyć. Nie chcę tak żyć. Jadąc do domu postanowiłam, że rzucę tę robotę.

Nic nie powiedział, odstawił tylko kieliszek na podłogę i przygarnął ją mocno do siebie. Czuła, jak gładzi wargami jej szyję, płatek ucha, kąciki ust i powieki. Jego oddech łaskotał jej skórę. Cierpki zapach wina mieszał się z wonią powietrza nagrzanego prawdziwym wiosennym słońcem. Powoli, w miarę jak przenosił swe pieszczoty niżej, na jej piersi, Joannę również zaczęło ogarniać podniecenie.

Nie musiał nic mówić. Wiedziała, że cokolwiek zrobi, on poprze jej decyzję. Świadomość, że ma w nim niezachwiane oparcie, działała niezwykle kojąco.

Mając przy sobie Marka, była w stanie do wszystkiego nabrać dystansu – do reportażu, który miał nigdy nie powstać, do prezesa, nawet do rzecznika banku. To były nieistotne, drugoplanowe kwestie, gdy się je zestawiło z ogromem takich spraw jak czas, życie, śmierć czy miłość. Tylko jedno, nawet w tej perspektywie, nadal nie dawało się uładzić. Wyblakłe, przestraszone spojrzenie BeBe wracało do niej ciągle, nawet wtedy, gdy pozbyła się nocnej koszuli i zaczęła odwzajemniać pocałunki męża.

Przecież nie możemy tkwić w tym łóżku we trójkę! – próbowała przemówić sobie do rozsądku, podczas gdy jego namiętność rosła, a jej zatrzymała się w miejscu. Zapomnij, zapomnij, zapomnij, powtarzała jak mantrę, ale to nie działało. I wtedy, zupełnie niespodziewanie, przypomniała sobie jeszcze coś.

– Ty wiesz, co mi dzisiaj rano przyszło do głowy?! – zapytała, wyplątując się na chwilę z jego objęć i wciągając w płuca potężny haust powietrza.

– Nie mam zielonego pojęcia – odparł, opadając na poduszki. Z całkowitym spokojem sięgnął po swój kieliszek. Był przyzwyczajony do tych nagłych zwrotów akcji w pościelowej scenerii, które zwykle prowokowała ona. Dodawały często smaku ich intymnym chwilom.

– Pomyślałam, że moglibyśmy postarać się o drugie dziecko – oznajmiła, może trochę zbyt głośno. Marek zastygł z kieliszkiem uniesionym w drodze do ust. Czerwone wino zafalowało.

– Mówisz poważnie?!

– Najzupełniej – zachichotała, obserwując z bliska jego reakcję. – A co, przeraziłam cię?

– Nie… Nie tyle przeraziłaś, co zaskoczyłaś… Ale to właściwie całkiem dobry pomysł… Szczególnie w kontekście tego, że chcesz rzucić pracę…

– Widziałbyś mnie w roli kury domowej?

– Jasne, uważam, że nadajesz się jak mało kto!

– Doprawdy?

– A pamiętasz, jakie pyszne zupki gotowałaś, gdy urodziła się Michasia?

Nie wiadomo kiedy kieliszek z winem znowu znalazł się na podłodze, a oni leżeli ciasno przytuleni, patrząc sobie w oczy.

– Ty też sprawdzałeś się w roli domowego koguta… – zamruczała, całując go w nos.

– Tak? – temperatura jego objęć wzrosła o kilka stopni. – A co robiłem najlepiej?

– Myślę… myślę że z tego czasu najlepiej pamiętam te wszystkie kolacje na ostro…

– Lubisz pieprz?

– Lubię bardzo duuużo pieprzu! Nie tylko w jedzeniu…

Widmo BeBe odpłynęło w niebyt. Znowu byli w łóżku tylko we dwoje, w dodatku połączeni tajemną nicią wspomnień. Znowu wracali do najpiękniejszych chwil dotychczasowego wspólnego życia: młodości, poznawania siebie w miłości, podejmowania ważnych decyzji, przyjmowania daru nowego życia.

I chociaż znali się tak długo, że – mogłoby się wydawać – zdążyli już odkryć wszystkie swoje tajemnice, choć ich młodość zamieniła się w dojrzałość, a ciała zauważalnie zmieniły się przez ostatnie dziesięć lat, ta noc – jak wiele innych wcześniej oraz później – była znów jedyna w swoim rodzaju, niepowtarzalna.

***

Szeptali i chichotali jeszcze potem, dopijali wino, wreszcie Marek – po przykładnym wyszorowaniu zębów – zasnął, z dłonią wtuloną w miękkie zagłębienie pomiędzy jej piersią a ramieniem. Joanna długo leżała bez ruchu, ale sen nie nadchodził. Może ten szatański koktajl witaminowy, zaserwowany jej z wieczora, wreszcie zaczął działać. Zmęczenie minęło jak ręką odjął, dopiero teraz zaczęła myśleć całkiem jasno i przytomnie. Po cichu, ostrożnie, aby go nie zbudzić, wyplątała się z pościeli i, narzucając szlafrok, przemknęła do pokoju przeznaczonego „do pracy”.

Matka Boska od Wykupu Niewolników – wklepała w internetową wyszukiwarkę. To nowe wcielenie Madonny, o którym nigdy wcześniej nie słyszała, intrygowało ją od chwili spotkania z Filipem i jego mamą. Może sprawiły to pełne mocy słowa chłopca: Ona pomaga takim, jak my.

Bo czy nie tak pani Motyl określiła swoją sytuację matki niepełnosprawnego dziecka?

Niewola, powiedziała, dożywotnia niewola miłości.

Joanna wyobraziła sobie takie życie i ciarki przeszły jej po plecach. W tej chwili poczuła, że chyba nigdy nie zdecyduje się na urodzenie drugiego dziecka. Za słaba była na to, za bardzo się bała, że coś może pójść nie tak. W tym wieku – a miała już dobrze powyżej czterdziestki – ryzyko wystąpienia wad genetycznych u płodu było już zbyt wielkie.

Ekran migotał, gdy przeglądarka wyświetliła długie kolumny stron poświęconych Matce Boskiej od Wykupu Niewolników. Nazywano ją też Świętojańską lub Matką Boską Wolności. Jej cudowny wizerunek, ukoronowany przez metropolitę Karola Wojtyłę papieskimi koronami w roku 1965, znajdował się w Krakowie w kościele pod wezwaniem dwóch świętych Janów –  Chrzciciela i Ewangelisty. Cudami i łaskami zasłynął w roku 1633, gdy to skazańcowi „rodem z Prus” wzywającemu jej miłosierdzia „już na placu pod mieczem”, kajdany same opadły z rąk i nóg. Człowiek ten uniknął straszliwej śmierci przez poćwiartowanie, a potężne łańcuchy do dziś zdobią ołtarz przy kościele sióstr prezentek. Później modlił się tam Jan III Sobieski po wiedeńskiej wiktorii i Kościuszko po złożeniu na Rynku przysięgi narodowi.

Joanna przeskoczyła dalej. Kopia obrazu, autorstwa gdyńskiej artystki, zawisła w kościele parafialnym pod wezwaniem Matki Boskiej od Wykupu Niewolników w miejscowości Okonek koło Szczecinka. Corocznie pielgrzymowali tam więźniowie z zakładów karnych na Pomorzu oraz członkowie duszpasterstw dla uzależnionych, którzy przyjęli Matkę Wolności za patronkę. Inna kopia obrazu została wywieziona przez kapelana wojskowego do bazy polskich policjantów w Kosowie.

Wzrok Joanny przyciągnął jeden z tytułów, jakie nadano cudownemu obrazowi. „Matka Boska z koniczynką”. Rzeczywiście, Madonna, piastująca na lewym ręku Dzieciątko, w prawej dłoni, w sposób nieco figlarny, trzymała niepozorny kwiatek koniczyny. A na jej twarzy, na pierwszy rzut oka tak poważnej, igrał w kącikach ust i w oczach utajony uśmiech.

Ona ma poczucie humoru, stwierdziła zdumiona Joanna.

Przypomniała sobie swoje przejęzyczenie w porannym serwisie. „Banki badają odchody kredytobiorców”. Po raz pierwszy nie zaczerwieniła się ze wstydu i przykrości, tylko uśmiechnęła. Potem zachichotała, a wreszcie roześmiała całą piersią. Może wino to zdziałało, może endorfiny po udanym seksie, rozmowa z Markiem, relaks… A może ten tajemniczy uśmiech kobiety, która widziała więcej i dalej? Która pokazywała najmarniejszy z kwiatków, tak jakby był czymś niezmiernie cennym, równym niemal Dzieciątku na jej drugim ramieniu?…

Nie nadymaj się, mówił ten filuterny uśmiech.

Uważaj, co możesz zdeptać…

Długą chwilę Joanna siedziała bez ruchu, wpatrując się w wizerunek Madonny od Wykupu Niewolników. Jedyny na świecie, na którym została ona przedstawiona z koniczyną.

Podjęła decyzję. Wyłączyła komputer. Ubrała się szybko i cicho, na szyję zarzuciła smycz z kartą magnetyczną, otwierającą wszystkie drzwi w radiu. W kuchni na stole zostawiła wiadomość dla męża i – ze względu na to, że w jej żyłach płynęło obecnie pół butelki czerwonego wina – wezwała taksówkę.

Dochodziła północ, gdy znowu znalazła się za swoim biurkiem w pracy.

***

Napisanie wypowiedzenia i listu, w którym wzięła wyłącznie na siebie winę za komiczne przejęzyczenie na antenie oraz odpowiedzialność za przeprowadzenie dziennikarskiego śledztwa w sprawie Jadwigi Motyl, zajęło jej dość dużo czasu. Na chwilę zastygła z palcem uniesionym nad klawiszem myszki, a potem zdecydowanym ruchem, z dźwięcznym kliknięciem, nacisnęła: SEND. Wydrukowała oba dokumenty, podpisała je i położyła na biurku sekretarki naczelnego.

Była już za kwadrans pierwsza, gdy zadzwoniła na komórkę Tobiasza Górskiego. Jego numer znalazła na liście z nazwiskami praktykantów, leżącej w newsroomie.

– Joanna Packa. Z Radia Tłok – dodała dla wyjaśnienia, trochę zakłopotana tą późną porą.

– Przecież wiem – nic nie wskazywało na to, że go wyrwała ze snu. Z oddali dochodziły mocne dźwięki muzyki i odgłosy jakiejś imprezy. – Pani głos poznałbym nawet w środku nocy!

Boże, już zapomniała, jak to jest w tym wieku! Przez cały dzień zajęcia na uczelni lub gonitwa z mikrofonem, a w nocy balanga do białego rana. Młodzi to mają zdrowie, pomyślała z zazdrością. Zrezygnowała z pytania, czy go czasem nie obudziła. Zamiast tego rzuciła lekko:

– Chcesz się czegoś nauczyć? To przyjeżdżaj do radia, jestem w montażowni i czekam na ciebie.

Chyba się zachłysnął jakimś piwem czy czymś. Wciągnął głośno powietrze, przez chwilę w słuchawce panowała cisza, a potem odpowiedział zduszonym z emocji głosem:

– Już jadę.

***

– Od czego byś zaczął?

Tobiasz wzruszył kościstymi ramionami. Był jeszcze bardzo młody, chudy, piegowaty. Uszy sterczały mu na boki jak dwa spadochrony, a jasna czupryna już zdradzała tendencje do przesuwania się na tył czaszki i odsłaniania czoła. Ale uśmiech miał ujmujący, a spojrzenie tak szczere, że Joanna od pierwszego spotkania poczuła do niego sympatię.

– Od tej demonstracji. To jest egzekucji. No, wtedy jak komornik chciał wejść na posesję… – mieszał się, chyba trochę przestraszony tą jej indagacją. Nie do końca rozumiał sytuację. Może czuł się jak na egzaminie praktycznym?

– Jak zaczniesz od demonstracji, to będziesz miał dobitny i z przytupem reportaż interwencyjny – powiedziała dużo łagodniej. – Nagrałam Motylową w innym kontekście. Jako matkę chorego dziecka. I od tego bym zaczęła. Potem wypowiada się chłopiec, pokazuje mi obrazek Matki Boskiej od Wykupu Niewolników. Nie patrz tak, naprawdę jest taka, i to w Krakowie…

Puściła mu to, co się jej do tej pory udało zmontować.

– Teraz musimy dograć taki kawałek, na muzycznym tle – wręczyła mu kartkę, na której wykonała kompilację internetowej wiedzy na temat Madonny Świętojańskiej i jej cudów. – Przeczytaj to studiu. I jeszcze to, przyda się w dalszej części, jak przejdziemy do sprawy kredytu – druga kartka zawierała zebrane przez niego informacje o zadłużeniu Polaków wraz z opisami kilku najgłośniejszych eksmisji na bruk. – Ja pomyślę nad podkładem…

Nie mieli dużo czasu, zaledwie kilka godzin, musiała więc narzucić pewne tempo i plan pracy. A Tobiasz, choć na początku wyraźnie onieśmielony i zdenerwowany, szybko się rozkręcił. Po pięciu minutach był z powrotem z nagranym tekstem.

– Ja bym teraz wrzucił głos ojca – zaproponował.

Joanna zdumiona uniosła brwi. Choć dość dokładnie przesłuchała wykonane przez niego nagrania, nawet nie pamiętała, że rozmawiał z Motylem.

– Właściwie jest  to tylko jedno zdanie – chłopak uśmiechnął się ujmująco. – „Zjeżdżaj stąd, to prywatne sprawy, odmawiam odpowiedzi”…

– To do dzieła! – odwzajemniła jego uśmiech, po raz pierwszy tego wieczoru, i wskazała mu miejsce przy komputerze. W postaci zygzakowatych linii w różnych kolorach widniał tam graficzny zapis ścieżek dźwiękowych tworzonego przez nich reportażu. Joanna ze szczególną starannością wycinała wszystkie ślady swojej obecności przy mikrofonie. Miała plan, a Tobiasz Górski – jeden z wolontariuszy w lokalnej rozgłośni studenckiej na Miasteczku – był jego kamieniem węgielnym i fundamentem.

– Dlaczego tak się zapaliłeś do tej sprawy? – spytała mimochodem. – Znałeś tę panią wcześniej?

– Nie, skąd – popatrzył na nią ze zdziwieniem. – Na początku myślałem tylko, że będzie fajna rozróba, trochę krzyku, przepychanka… Ale kiedy porozmawiałem z tym ludźmi, którzy tam stali i przekonałem się, że przecież mają rację… No co, chyba na tym to wszystko polega?

– Co polega, Tobiaszku?

– Dziennikarstwo. Przecież nie tylko na tym, żeby puszczać fajną muzykę, żeby było miło, ciekawie i przyjemnie… Jest przecież jeszcze jakaś misja!

Joanna tylko w milczeniu pokiwała głową. Tak, w studenckich czasach też dużo myślała o misji, potem – w miarę upływu lat, po zmianie pracy i przejściu z gazety do radia – coraz bardziej skupiała się na tym, żeby jednak było śmiesznie i ciekawie. Od misji niech sobie będę media publiczne.

– Teoretycznie masz rację – powiedziała wymijająco. W skupieniu dokleiła kolejny fragment reportażu:

– Ta moja pracownia, to malowanie… To jakby koło ratunkowe, rzucone mi z Nieba. Dzięki temu, że mogę tutaj pozbyć się swoich uczuć – buntu, złości, rozpaczy – tak, to są moje uczucia, to moja codzienność – dzięki temu udaje mi się w miarę normalnie żyć. Odczuwać też radość, nadzieję, miłość… – mówiła Jadwiga Motyl na poddaszu swojej willi.

Niestety, w dźwiękowym zapisie nie dało się oddać tego, co można było zobaczyć wokół. Tych wszystkich scen, całego skomasowanego cierpienia, pokrywających płótna.

– Nie wiem, jaką wartość artystyczną to przedstawia. Czy w ogóle jakąś. Właściwie nikomu tych swoich obrazów nie pokazuję…

Praktykant wyszedł na chwilę, wrócił niosąc dwa kubki świeżo zaparzonej kawy. Joanna zdjęła słuchawki, wróciła kursorem na początek i puściła mu całą złożoną już część reportażu. Zapowiadał się bardzo dobrze. Tekst o Matce Boskiej od Wykupu Niewolników idealnie wpasował się w wybrane przez nią miejsce, trzeba było tylko znaleźć odpowiednie tło muzyczne. Coś delikatnego, może flet?

– A taki film z Więckiewiczem pani oglądała, „Wszystko będzie dobrze”? – zapytał nagle Tobiasz. Widać było, że jemu też się podoba to, co stworzyli. I nie mogło być inaczej, gdyż oficjalnie miał pozostać jedynym autorem reportażu.  – Dwaj chłopcy mają śmiertelnie chorą matkę, jeden z nich postanawia pobiec do Częstochowy, żeby wymodlić dla niej uzdrowienie. Twierdzi, że zawarł z Madonną taki układ. Ma wiarę wielką jak… jak góra i wszystkich nią zaraża. Nawet swojego nauczyciela-alkoholika, który mu w tej drodze towarzyszy. Ale matka umiera i, wbrew jego nadziejom, nie zostaje po trzech dniach wskrzeszona…

– Coś mi się przypomina… – mruknęła Joanna, zajęta w myślach problemem muzyki.

– No i chłopaki zostają same. Wkrótce po pogrzebie odnajdują tego nauczyciela, zalanego w trupa na ławeczce pod figurą Matki Boskiej. Jeden z nich mówi wtedy: Zróbmy coś! My musimy coś zrobić, bo Matka Boska to mu na pewno nie pomoże…

Joanna zamarła na chwilę, wlepiając w niego szeroko rozwarte oczy. Z rozpuszczonymi włosami, w cienkiej bluzce we wszystkich kolorach tęczy i w dżinsach, z których przez szerokie nacięcia wystawały jej kolana, wyglądała jak dziecko–kwiat, jak studentka, a nie jedna z najbardziej znanych krakowskich dziennikarek radiowych.

Chłopak speszył się wyraźnie.

– Zastanawiam się tylko, czy  w tym przypadku też tak będzie… – bąknął, czerwony aż po uszy. – Bo przecież wymowa tego filmu jest taka, że Ona jednak pomaga. Tyle, że nie wprost, ale rękami innych ludzi…

– Kto wie, Tobiaszku, kto wie… – mruknęła w zamyśleniu Joanna Packa. – Przecież właśnie coś robimy…

***

Dochodziło wpół do ósmej i na zewnątrz zrobiło się już całkiem jasno, gdy skończyli. Reportaż, zapisany na dwóch pendrive’ach oraz dodatkowo na dwóch przenośnych kartach pamięci, spoczął bezpiecznie w skórzanej torbie Joanny oraz w kieszeni Tobiasza.

– To byłoby na tyle – mruknęła, zajęta usuwaniem śladów z twardego dysku komputera. – Idź już, prześpij się trochę. Może nikt cię nie będzie dzisiaj pilnie potrzebował.

W milczeniu skinął głową, zaciskając usta. Klepnął się jeszcze raz w kieszeń, w której schował swój pierwszy autorski materiał.

– Dobrze – powiedział z powagą. Ledwo trzymał się na nogach, ale jakoś wcale nie miał ochoty na powrót do akademika. – Postaram się to wyemitować w najbliższych dniach, wieczorem, gdy mamy najwyższą słuchalność…

Zerknęła na niego nieuważnie, zaraz opuszczając znowu spojrzenie na monitor.

– No właśnie. Jeśli chcesz pomóc tej kobiecie, to teraz wszystko od ciebie zależy… – zakończyła rozmowę, wciskając jednocześnie klawisz DELETE.

– To idę – jeszcze raz zatrzymał się w drzwiach, przestąpił z nogi na nogę. – Dziękuję.

Tylko pomachała mu ręką, nie podnosząc już wzroku. Wiedziała, że dobry informatyk będzie w stanie odzyskać wszystko to, co tak skrupulatnie wykasowała z pamięci komputera. Ale być może nikomu nie będzie zależało, żeby w tym grzebać. Gdyby chciała w sposób definitywny zatrzeć wszystkie ślady, musiałaby chyba podłożyć ogień w redakcji…

Opuściła radio kwadrans po Tobiaszu, swój sprzęt zostawiła na biurku, a identyfikator przekazała portierowi w kopercie zaadresowanej do naczelnego. Zastanawiała się, kto dziś poprowadzi za nią Przedpołudnie w Tłoku. Pewnie zaraz ściągną Zygmunta, pewnie będą mu musieli za to ekstra zapłacić, pewnie prezesa szlag trafi… Wzruszyła ramionami. Dracula mógł sobie co najwyżej bezsilnie szczerzyć kły, zaległego urlopu miała więcej, niż wynosił jej okres wypowiedzenia…

Gdy ciężkie, wykonane z litego drewna drzwi rozgłośni zatrzasnęły się za nią po raz ostatni, serce załopotało w niej dziwnie, boleśnie. Czy była to już tęsknota? Czy też lęk ptaka, który po wielu latach spędzonych w klatce właśnie wyfrunął na wolność?

Szła krok za krokiem w wiosennym, rześkim powietrzu. Torba ciążyła jej na ramieniu, oczy kleiły się, mimo wypitych kilku kaw. Na chodniku piętrzyły się kupki czarnego brudu w miejscach, w których stopniał zgarnięty wcześniej śnieg. Joanna z wysiłkiem podniosła głowę, zmrużyła powieki, gdyż słońce świeciło ostro z czystego, błękitnego nieba. Naprzeciw siebie ujrzała nagle BeBe, zdyszaną, pędzącą na ósmą do pracy. Joanna zwolniła, zastanawiając się, w jaki sposób mogłaby ją zagadnąć, ale redaktorka serwisów przebiegła obok truchtem, ze spojrzeniem wbitym w ziemię, bez jednego słowa pozdrowienia. No tak, jak prawie każdego dnia, była już mocno spóźniona.

Joanna wzruszyła ramionami po raz drugi tego poranka, przełykając w ciszy słowo „przepraszam”, które już miała na końcu języka. Za chwilę BeBe odnajdzie w poczcie jej list do naczelnego, który dostała również do wiadomości. To powinno wystarczyć.

Zaczerpnęła głębiej powietrza i wydłużyła krok. Nie do wiary, że zaledwie dwadzieścia cztery godziny temu szła tą drogą w przeciwną stronę – spełniona, pewna siebie, trochę może nawet znudzona i dlatego snująca jakieś nierealistyczne plany na przyszłość. Teraz stała przed wielką niewiadomą. Podjęła niezwykle ważną decyzję. Powinna czuć się wolna, pełna życia i energii, gotowa do czynu! Ale… była zmęczona i tylko z trudem tłumiła ziewanie. Mimo to wyjęła telefon i zadzwoniła do przyjaciółki z Radia Kraków.

***

Na Błoniach i w Parku Jordana maj buzował soczystą zielenią, grupy przedszkolaków okupowały place zabaw, wycieczki zagranicznych turystów przelewały się po schodach Muzeum Narodowego i nawet studenci – po odespaniu Juwenaliów – poruszali się jakby szybciej, w sposób bardziej świadomy. Głównie w stronę uczelnianych budynków, pękających teraz w szwach przed zbliżającą się sesją.

Klub Rotunda, duszna, ciemna i ponura jaskinia, stanowił mocny kontrast wobec całego tego ruchu na zewnątrz. Joanna nie wiedziała, czemu właśnie to miejsce wybrano na przeprowadzenie licytacji. Zapewne studenci uparli się, by do końca grać pierwsze skrzypce i rzecz całą załatwić u siebie, choć przecież Radio Kraków było współorganizatorem wydarzenia. Reportaż puszczono też dwa razy na jego antenie, a w holu rozgłośni przy Alei Słowackiego zorganizowano wystawę obrazów Jadwigi Motyl.

Dziewczyna w kasie spojrzała na Joannę z ciekawością.

– Aukcja? To w sali koncertowej. Ale spóźniła się pani…

Nawet nie zdążyła wejść do środka, gdy drzwi się otworzyły i na fali oklasków z sali zaczął wyciekać strumień ludzi.

– Koniec już? – zapytała radnego niezależnego, pierwszą znajomą twarz, którą dostrzegła w ciżbie.

– Koniec – energicznie kiwnął głową. – Tłum ludzi przyszedł. No, tłum, to może za dużo powiedziane, ale sala była prawie pełna!

– No i co? – dopytała się, gdyż obecność gapiów nie stanowiła jeszcze gwarancji powodzenia.

– No i wszystkie kupił bank! – radny aż strzelił palcami w powietrzu. – Przebili każdą ofertę! Chociaż momentami, no, mówię pani, naprawdę było gorąco!

Joanna bez słowa uniosła w górę brwi. Sama nie wiedziała, po co tu dziś przyszła. Może dlatego, by w razie niepowodzenia całego przedsięwzięcia kupić na wyprzedaży poaukcyjnej jeden z obrazów Jadwigi Motyl. Wyglądało jednak na to, że odnieśli sukces, i to wielki.

Zajrzała do sali. Pracownicy klubu Rotunda w firmowych podkoszulkach zaczęli już wynosić sprzedane obrazy i sprzątać przed wieczornym koncertem hip-hopu. Pod sceną, wokół wózka inwalidzkiego, zebrała się jeszcze grupa ludzi. Była tam Jadwiga Motyl, trzymająca za rękę rozpromienionego Filipa. Obok jeden z wiceprezesów banku, którego Joanna znała tylko ze zdjęć w Internecie. Jej przyjaciółka z działu kultury, pilotująca tę sprawę z ramienia Radia Kraków oraz Tobiasz Górski z kilkoma kolegami ze studenckiej rozgłośni, najwyraźniej w roli gospodarzy. Dostrzegła też z daleka Matyldę R., właścicielkę znanej galerii oraz kilka innych osób z artystycznego światka Krakowa, które kojarzyła. Wszyscy w uśmiechach. W końcu nie co dzień odkrywa się nowy talent takiej miary.

– Joanna? To ty? – usłyszała za plecami znany głos i aż podskoczyła, jak przyłapana na gorącym uczynku.

– Cześć. Owszem, to ja – poprawiła na ramieniu cienki pasek eleganckiej torebki i strzepnęła niewidoczne pyłki z długiej sukienki. Właśnie takiego spotkania obawiała się, idąc tutaj. A może podświadomie na nie liczyła?

W mrocznym korytarzu stał jej naczelny – były naczelny – i uśmiechał się.

***

– I co dalej zamierzasz? – zapytał, gdy wyszli na zalaną światłem ulicę i skierowali się stronę Błoń. Po czasie spędzonym we wnętrzu Rotundy oboje musieli zmrużyć oczy, gdyż słońce prawie ich oślepiło.

– Muszę znaleźć córkę. Czeka na mnie na pastwisku – udała, że nie rozumie, o co mu chodzi.

– Przestań! Zasięgałem języka tu i tam, ale niczego się nie dowiedziałem. Masz coś nagrane?

– Rozmawiam… tu i tam… – odrzekła wymijająco.

Prawda była taka, że po kilku tygodniach rozglądania się za inną pracą, początkowy entuzjazm i optymizm uszły z niej jak powietrze z przekłutego balonu. Nie było dla niej w Krakowie równorzędnego stanowiska. Radia były oblężone, podobnie zresztą jak dwie telewizje oraz redakcje kilku gazet. Na etat czekały w kolejce tłumy młodych, ambitnych, uzdolnionych i doświadczonych absolwentów dziennikarstwa. Owszem, kilka rozgłośni przyjęłoby ją z otwartymi ramionami, ale bynajmniej nie w roli gwiazdy. Mogła znowu zacząć biegać z mikrofonem, zająć się reportażem, proponowano jej nawet jakąś nocną audycję. Ale zawsze była to degradacja.

Tego wszystkiego nie mogła oczywiście opowiedzieć naczelnemu.

– Zastanawiam się, czy w ogóle nie odejść od dziennikarstwa. Może rozpocznę własną działalność… Spróbuję sił przy podkładaniu głosów… Albo przejdę na drugą stronę i zostanę rzecznikiem prasowym jakiegoś potentata… W końcu znam swoją branżę od podszewki, a oni takich właśnie szukają…

– Nie wygłupiaj się, Joaśka, przecież bez radia będziesz do końca życia nieszczęśliwa!

Nie musiał tego mówić. Bardzo dobrze sama o tym wiedziała. Już dawno zorientowała się, co utraciła, składając to wypowiedzenie – swoją pasję, powołanie, sposób na życie. I choć nie miała finansowych trosk, gdyż Marek mógł z powodzeniem utrzymać ich rodzinę, wcale nie czuła, by wolność, którą zyskała, dodała jej skrzydeł.

Wzruszyła tylko ramionami, wypatrując na Błoniach Michaliny.

Naczelny zatrzymał się na środku alejki spacerowej i chwycił ją za łokieć, zmuszając do uwagi. Wokół nich śmigali rowerzyści i fani jazdy na rolkach w każdym wieku.

– Posłuchaj, może cię to zainteresuje. Nie przekazałem Draculi twojego pisemka. Udzieliłem ci tylko zaległego urlopu. Gdy już wypoczniesz i będziesz chciała wrócić… Przedpołudnie w Tłoku czeka na swoją prowadzącą…

Joanna właśnie dostrzegła córkę. Misia biegła do niej przez trawę, uczepiona grubej smyczy, a ciągnął ją jasny, silny i bardzo rozbrykany, młody labrador. Dziewczynka pędziła ile sił w nogach, ale pies był dużo szybszy – obalił ją wreszcie na ziemię i przeciągnął z rozpędu kilka metrów przez murawę oraz kretowiny. Widok był tak śmieszny i absorbujący, że Joanna nie od razu zrozumiała to, co usłyszała.

– Przedpołudnie…? Ty poważnie to mówisz?

– Najpoważniej. Sprawa Motylowej jest zamknięta, bank zrobił na tym wszystkim świetny PR.  O ich wspaniałomyślności w związku z umorzeniem karnych odsetek trąbimy już od kilku dni. A teraz wyszli jeszcze na wielkiego mecenasa sztuki, o czym poinformuje wszystkich Radio Kraków. Dracula jest w takim humorze, że nawet BeBe się upiekło… Pytał ostatnio o ciebie. Wszyscy zresztą o ciebie pytają…

Joanna patrzyła, jak Misia zbliża się do nich lekko utykając i strofując psa, trzymanego teraz krótko przy nodze. Na białym podkoszulku i spodenkach miała zielone smugi, na policzku ślady ziemi. Jej włosy wróciły już zupełnie do swojego naturalnego odcienia, choć w wyjątkowo mocnym słońcu matce zdawało się jeszcze czasem, że widzi rudawy połysk.

– To co, pomyślisz o tym? – zapytał naczelny, robiąc dwa kroki do tyłu i podnosząc dłoń w geście pożegnania.

Joanna kiwnęła tylko głową, gdyż gardło miała ściśnięte.

***

Córka z psem kotłowali się już na tylnym siedzeniu i Joanna miała właśnie wsiąść za kierownicę, gdy z tłumu niedzielnych spacerowiczów dobiegło ją wołanie. Podniosła głowę i ujrzała Jadwigę Motyl, pędzącą do niej pomiędzy rowerami, wózkami i dziećmi na rolkach. Filip trzymał się kurczowo poręczy fotela, nieprzyzwyczajony widać do tak szybkiej jazdy, ale twarz miał roześmianą.

 – Pani Joanno! Pani Joanno!

Zdyszana lecz uśmiechnięta kobieta przepchnęła wózek na drugą stronę ulicy.

– Chcieliśmy pani podziękować…

– Ależ nie ma za co! To Tobiasz Górski wszystko tak pięknie obmyślił i zorganizował. Ma duży talent i… poczucie misji.

– Ja z panem Tobiaszem już rozmawiałam, znam prawdę. I dziękuję.

Joanna uśmiechnęła się tylko.

– A Filip ma coś dla pani. Od kilku dni ciągle o tym mówi, prawie spać nie może, więc dobrze, że udało nam się dziś spotkać…

Chłopak wyciągnął rękę w stronę Joanny. W dłoni kurczowo ściskał pogięty, kremowy kartonik.

– Matka Boska od Wykupu Niewolników – domyśliła się, zanim jeszcze wyjęła obrazek spomiędzy jego zniekształconych chorobą palców. – Madonna z koniczynką…

Kiwnął głową i uśmiechnął się szeroko z stronę nieba, tak, jak tylko ludzie z jego rodzajem niepełnosprawności to potrafią.

– Nam już pomogła – powiedział powoli, starannie wymawiając słowa. – A teraz pomoże pani…

KONIEC

Share this file wikio : Share this file | digg : Share this file | del.icio.us : Share this file | facebook : Share this file | scoopeo : Share this file | blogmarks : Share this file | additious : Share this file |
Share the latest files Netvibes : Share the latest files | iGoogle : Share the latest files | My Yahoo : Share the latest files | wikio : Share the latest files | RSS : Share the latest files |