mirosława kareta

"Kolorowe szkiełka"

30/04/2014 - Read 1235 times
W mglisty listopadowy wieczór Marta, mieszkanka krakowskiego Kazimierza, spotyka po drodze do domu sześcioletniego chłopca, Adriana. Jedyne, co go interesuje, to niesiony przez nią pakunek z pączkami...
Właśnie tego dnia Marta wyłączy na chwilę nieoceniony mechanizm obronny, zwany zdrowym rozsądkiem, i podąży za głosem serca ...

 

W mglisty listopadowy wieczór Marta, mieszkanka krakowskiego Kazimierza, spotyka po drodze do domu sześcioletniego chłopca, Adriana. Jedyne, co go interesuje, to niesiony przez nią pakunek z pączkami...
Właśnie tego dnia Marta wyłączy na chwilę nieoceniony mechanizm obronny, zwany zdrowym rozsądkiem, i podąży za głosem serca. Ktoś postronny mógłby to nazwać szaleństwem.
A jednak...
Przypadkowe spotkanie dorosłej kobiety i dziecka może postawić dom na głowie, zniszczyć jedną miłość i wskrzesić inną, przepędzić demony z przeszłości. Obudzić odwagę, dać wolę walki i radość życia. Ale też wpędzić człowieka w czarną rozpacz. Żeby się o tym dowiedzieć, trzeba jednak podjąć ryzyko.

"Pory roku się zmieniają, panowie przychodzą i niestety dosyć szybko odchodzą, jednak pasmo niepowodzeń w którymś momencie przynosi pozytywną odmianę. Powieść, która potrafi uwieść również dorosłego mężczyznę, historia, której trudno się oprzeć, opowieść, która zadziwia od pierwszej, aż do ostatniej strony".
                                                                                Artur G. Kamiński, "IK Magazine"

 

Pączków było sześć – dwa z różą, dwa z kremem waniliowym i dwa z masą czekoladową.
Owinięta w biały papier paczuszka kołysała się zawadiacko w rytm kroków Marty. Od strony Wisły snuły się listopadowe mgły, przyćmiewając żółte światło latarni i rozmazując kontury obdartych z liści drzew oraz obłażących z tynku kamienic. Po chodniku przemknęła czasem jakaś obca, samotna postać, otulona szarym tumanem jak wilgotną peleryną.

Ale Marta nie dawała się jesieni, nostalgii ani pogodzie. Od lat starała się, by czynniki zewnętrzne - jak na przykład szaruga - nie miały wpływu na stan jej ducha. Jeśli nawet przejściowo w jej sercu panowała jesień, to Marta dbała, by była to jesień złota i purpurowa, wysycona barwami, słodka i jeszcze trochę rozleniwiona od letnich upałów. Tak się chciała czuć, taką aurę wokół siebie roztaczała i tak też wyglądała: jak dojrzały i smakowity owoc - wysoka, rumiana, brązowooka, z gęstą falą ciemnych włosów spływających na ramiona. Skręconych teraz mocno od wilgoci, gdyż czapki, jak zwykle, nie wzięła.

Poświstując pod nosem The Entertainer Scotta Joplina, maszerowała przez ciemną i zimną ulicę. Nawet nieudana randka w Galerii Kazimierz, poprzedzona jeszcze bardziej nieudaną wizytą w domu rodzicielskim, nie była w stanie zepsuć jej humoru. Osłaniając się bezskutecznie kolorowym parasolem przed wszędobylską mgłą, przechodzącą w mżawkę, i ściskając pod szyją kołnierz trochę przyciasnego płaszcza, snuła plany na wieczór.

Wróci teraz do swojego przytulnego mieszkanka w starej, śmierdzącej kotami kamienicy. Zrobi sobie gorącej herbaty z imbirem, umości się pod kocem w wiklinowym fotelu, weźmie z półki jedną ze swoich niezawodnych powieści na chandrę i czytając ją, zje sobie pączka. Może nawet dwa. Resztę zostawi sobie na jutro, na poniedziałkowy poranek, który z całą pewnością nie będzie bardziej radosny od niedzielnego popołudnia oraz wieczoru...

Skręciła w Starowiślną i już po chwili osiągnęła mroczną gęstwinę krzaków porastających podwórko. Takich podwórek nie było tu wiele – może dwa lub trzy wśród zwartej zabudowy ulicy, dającej z jednej strony widok na kościół Mariacki, z drugiej zaś zakończonej mostem Powstańców Śląskich, prowadzącym przez Wisłę do Podgórza. Marta mieszkała w dawnej willi, zajętej po wojnie na mieszkania kwaterunkowe; położonej w dawnym ogrodzie, który z biegiem lat zamienił się w zapuszczone, brudne podwórze. Zawsze o tej porze – a o innej zazwyczaj nie wracała do domu - czuła się tu nieswojo. Wmawiała sobie, że to centrum miasta, że przecznicę dalej mieści się komisariat policji i że dzisiejszy Kazimierz w niczym już nie przypomina zaniedbanej społecznie i niebezpiecznej dzielnicy Krakowa sprzed trzydziestu lat... Mimo całego tego racjonalnego rozumowania, wchodząc na zarośnięty skrawek ziemi przed swoim domem posuwała się na ugiętych nogach, w każdej chwili gotowa do ucieczki, a bramę otwierała z głową wykręconą do tyłu, żeby widzieć, czy ktoś się za nią nie czai.

Tym razem jednak nawet nie zdążyła wyciągnąć klucza z torebki, gdy gdzieś z boku rozległo się donośne kichnięcie. Marta podskoczyła w miejscu, upuściła swoją paczkę z pączkami i odruchowo zasłoniła się parasolem, zakończonym długim, ostrym szpikulcem. Jednocześnie próbowała przeniknąć wzrokiem mrok. Mgła, godna filmu Hitchcocka, nie ułatwiała jej zadania. Okna w kamienicy były całkiem ciemne lub zasłonięte grubymi kotarami, trochę światła rzucały jedynie latarnie ze Starowiślnej.

- Kto tam jest?! - zawołała w stronę trzepaka i śmietników, które mieściły się za zasłoną krzaków. Odpowiedziało jej tylko soczyste smarknięcie.

Trzęsącymi się rękami wyjęła klucze i spróbowała szybko otworzyć bramę, za którą miała bezpieczne schronienie. Ponieważ jednak przez cały czas zerkała do tyłu, nie mogła trafić do dziurki od klucza. Nagle krzaki zaszeleściły, zakołysały się na wszystkie strony, po czym - gdy Marcie serce podeszło już do gardła – z chaszczy wychynęła niewielka postać.

- Do ja – rozległ się schrypnięty, zakatarzony głos, którego można by się było przestraszyć, gdyby nie mikry rozmiar jego właściciela. Przed Martą stał chłopczyk może sześcioletni, w którym rozpoznała sąsiada z parteru.

- Ufff... - aż stęknęła z ulgi. - Ale mi stracha napędziłeś, mały!

Podniosła z ziemi swoje pączki i zdecydowanie wsadziła klucz do zamka.

- Co ci do głowy strzeliło, tak się chować w krzakach, po nocy? - zagadnęła.

- Ja się nie chowam, dylko czekam. Co dam basz? - zainteresował się jej pakunkiem. Mówił tak bardzo przez nos, że musiała się starać, żeby go zrozumieć. - Ciastka? Daj jedno...

- Ha! Chciałbyś – burknęła, otwierając ciężkie drzwi i stając w progu. - Wracaj do domu, bo się tu zaziębisz na deszczu! Już zresztą jesteś zaziębiony! No, wchodzisz czy nie?

- Kiedy i dak nie bam klucza do bieszkania – powiedział dzieciak przez zatkany katarem nos, wzruszając ramionami i odwracając się od niej na pięcie. - Wolę zaczekać na czepaku, aż baba wróci...

- No to cześć! - powiedziała Marta lekko, wkraczając w ciemne, trochę stęchłe wnętrze korytarza. Nikt jej już nie odpowiedział. Mały zniknął w gęstwinie bezlistnych gałęzi.

Jesienna aura i snujące się po ulicy smuteczki, pomimo wszystkich mechanizmów obronnych, jakie Marta od lat w sobie instalowała, zdołały jednak w jakiś sposób przeniknąć do jej serca. Wchodząc na piętro i stając koło drzwi, które skrywały przed światem jej bezpieczną przystań oraz wszystkie zaplanowane na wieczór przyjemności, poczuła się nagle fatalnie. Zniknął gdzieś optymizm, który umiejętnie podsycała w sobie przez całą drogę z galerii do domu. Myśli jej wróciły na wilgotne i zimne podwórko, do tego odzianego w lekką kurteczkę dzieciaka. Co smarkacz robi jeszcze o tej porze - dwie godziny po dobranocce - na ulicy?! Kto zostawia dziecko samo, tak późno i w taką pogodę? Czy ta matka w ogóle nie ma wyobraźni?

Z westchnieniem wsadziła klucze z powrotem do torebki, odstawiła do kąta swój wielki, przypominający rajskiego ptaka parasol i ściskając w dłoni pakunek z pączkami, ruszyła z powrotem na dół.

- Mały? - zawołała cicho, próbując przeniknąć wzrokiem mroczną gęstwinę podwórka. - Mały, jesteś tu?

- Huhuhuhuuuu! - zawołało coś na nią głosem puszczyka, a Marta znowu podskoczyła ze strachu. Przedarła się przez mokre badyle, które na wiosnę stroiły się w soczyste, pachnące kiście bzu, i stanęła przed trzepakiem. Chłopca ani śladu.

- Hej! Gdzie jesteś?

Ktoś bardzo blisko pociągnął nosem, Marta podniosła głowę i wtedy go zobaczyła. Dzieciak wisiał na górnej poprzeczce trzepaka, zaczepiony tylko nogami, z rękami skrzyżowanymi na piersi i zamkniętymi oczami.

- O matko... - jęknęła. - Co ty tam robisz... Uważaj, bo spadniesz!

- Jesdem niedoperzem – odpowiedział chłopiec, odmykając jedno oko i rozhuśtując się lekko poruszeniami całego ciała. - Dzisiaj bede dak spał!

- Chyba zwariowałeś! - zdenerwowała się Marta, na wszelki wypadek porzucając swoje pączki i łapiąc smarkacza za ramiona. - No, złaź już, tylko ostrożnie, bo ciężki jesteś i jakby co, to ja cię nie utrzymam...

- Chciałem być sową, ale nie znalazłem żadnej dziupli – oświadczył mały. - Więc bede niedoperzem. Nie schodzę, bede tu dzisiaj spał.

- Słuchaj, już się nie wygłupiaj, bo późno jest i twoja mama pewnie się niepokoi! - zniecierpliwiła się Marta, którą zaczynały już boleć wyciągnięte do góry ręce. Gimnastyka nigdy nie była jej ulubionym zajęciem. - Chodź, odprowadzę cię do domu...

- W domu nie ba nikogo – poinformował ją chłopiec, wymykając się z jej uścisku. - Jak baba wróci, to bnie du znajdzie...

- Przecież ty nie jesteś nietoperzem! Jak zaśniesz, to zlecisz i skręcisz sobie kark! - zawołała Marta w rozpaczy, po czym dodała, w jakimś dziwnym natchnieniu: - A poza tym nietoperze śpią w dzień, a w nocy latają i polują! Więc złaź, to ci pozwolę upolować pączka!

Na te słowa chłopiec poderwał się do góry, zwinnie jak małpka odplątał nogi z trzepaka, zawisł na rękach i wreszcie z dużej wysokości zeskoczył na ziemię. Stanął przed nią w wyczekującej pozycji.

- Dobra – powiedziała z ulgą Marta. Jej zaplanowany milutki wieczór z książką i ciastkami znowu nabrał realnych kształtów. - Chodź, sprawdzimy, czy twoja mama nie czeka czasem w domu...

- Bonczek! - powiedział chłopiec, nie ruszając się z miejsca i wyciągając przed siebie wyprężoną dłoń.

- Co, proszę? - zdziwiła się Marta.

- Bonczek! - powtórzył, wskazując ruchem brody jej białą paczuszkę, leżącą pod trzepakiem. - Powiedziałaś, że dasz bi bonczka!

- Czekaj, czekaj! - zawołała Marta, chwytając cenny pakunek i przytulając go do piersi. - Przecież nie będziesz jadł tutaj i to brudnymi łapami!

- A czemu nie?! - mały skrzywił się płaczliwie, nie cofając ręki. - Jestem głodny, nie białem dziś kolacji!

- Chodź, pójdziemy do ciebie do domu i tam dostaniesz pączka! - zarządziła Marta.

- Nawet jak nikogo nie będzie w domu? - upewnił się, skręcając w stronę bramy.

- Nawet.

Pięć minut dzwonienia, a potem dobijania się pięścią do drewnianych, pomalowanych olejną farbą drzwi nie przyniosło żadnych efektów. Mały stał w tym czasie cierpliwie pod ścianą, pożerając wzrokiem paczkę z pączkami. Kiedy Marta ruszyła wreszcie do drzwi sąsiadów, żeby się dowiedzieć czegoś na temat miejsca pobytu jego matki, odezwał się po raz pierwszy:

- Bani Jadzi deż nie ba w domu. Pojechała wczoraj do szpitala, bo sikała krwią.

Marta przez chwilę wpatrywała się w niego bez słowa, przetrawiając podaną informację. Z powodu zatkanego nosa mówił tak niewyraźnie, że nie była pewna, czy dobrze zrozumiała. Wreszcie ocknęła się z osłupienia i zadała pierwsze pytanie, jakie jej przyszło do głowy:

- A ty skąd o tym wiesz?!

- Słyszałem, jak bani Kwiatkowska mówiła do jednej bani w warzywniaku. Dam teraz sprzedaje ten Józek z wąsami, bani Jadzi syn. Znaczy sie nie prawdziwy syn, dylko przywra... wywra... wybrany!

- Przybrany – Marta spojrzała uważnie na dziecko, dysponujące tak rozległą wiedzą na temat sąsiadów, których twarze ona ledwo kojarzyła. Owszem, znała z widzenia Józka z wąsami. Właśnie z jego powodu omijała warzywniak szerokim łukiem, gdyż podając jej kiszoną kapustę, kilo ziemniaków i pęczek koperku, zawsze zdążył obdarzyć ją taką porcją lepkich spojrzeń i uśmiechów, że zwykle odechciewało się jej potem jeść. Stopień jego pokrewieństwa z właścicielką budki, panią Jadzią, był jej jednak nieznany i obojętny.

- A ty co tam robiłeś, w tym warzywniaku? - dopytała się, ruszając schodami na piętro z zamiarem odnalezienia w kamienicy jakichś ludzi.

- Boszedłem do bani Jadzi – objaśnił chłopczyk grzecznie, nie spuszczając głodnego wzroku z paczki z pączkami. - Ona daje bi czasem drożdżówkę... Ale wczoraj jej nie było, dylko den Józek. Od niego nigdy nic nie dostałem, chytrus jeden! Bani Jadzia jest w szpitalu, bo si...

- Dobra, dobra, wiem już! - przerwała mu Marta, która miała żywą wyobraźnię i nie znosiła naturalistycznych opisów, szczególnie kiedy dotyczyły fizjologii. - Zaraz zapytam innych sąsiadów, co się dzieje z twoją mamą...

- Nie du! - zawołał chłopczyk, ale było już za późno: Marta zadzwoniła właśnie do drzwi podpisanych nazwiskiem “Kwiatkowska”.

- Kto tam?! - prawie natychmiast odezwał się ostry głos, tak jakby jego właścicielka już od pewnego czasu stała na czatach przy wizjerze.

- Eeee... Marta Michalik... Chciałam się dowiedzieć czegoś o rodzicach tego chłopca, bo biega sam po podwórku o tej porze, a w mieszkaniu nikogo nie ma...

- Chwila! - ostry głos zamilkł, natomiast dało się słyszeć zgrzytanie i chrobotanie licznych zamków oraz zasuw. Wreszcie, z przejmującym skrzypieniem, drzwi uchyliły się nieco i w szparze ukazał się gruby łańcuch oraz zawieszone nad nim w ciemności czujne, czarne oko.

Oko zlustrowało ich uważnie, po czym znowu włączył się głos, pełen antypatii:

- Aha! To pani!

Marta przełknęła ślinę. Ona również nie pałała miłością do sąsiadki, której skarga – jak Marta w głębi ducha podejrzewała – była przyczyną policyjnego nalotu na jej urodzinową imprezę w zeszłym roku.

- Em... Dobry wieczór – powiedziała, usiłując przeniknąć wzrokiem ciemność za drzwiami. - Przepraszam, że przeszkadzam o tej porze, ale zaniepokoiłam się o to dziecko...

- Dziecko? Dziecko?! - uniosła się gniewem starsza kobieta. - To jest... to jest... Że go jeszcze matce nie odebrali, to jest cud boski! Szwenda się toto całymi dniami, a okazuje się, że po nocy również! To jest skandal! Z tym trzeba zrobić porządek!

Kwiatkowska pieniła się za drzwiami. Marta czuła, że robi się jej niedobrze, a wizja miłego i spokojnego wieczoru rozpływa się w niebyt.

- Chodź, chodź już stąd! - szepnął mały, ciągnąc ją za rękaw w stronę schodów. - Nie słuchaj jej!

Marta jednak, skoro już udało się jej odnaleźć żywego ducha w tej wymarłej kamienicy, postanowiła się czegoś o chłopcu dowiedzieć.

- Nie wie pani, gdzie może być jego matka?

- Gdzie?! A pod mostem pewnie, naćpana albo pijana! - wrzasnęła sąsiadka, skrzypiąc drzwiami i podzwaniając łańcuchem. - I dobrze, bo jak jest w domu, to co się tu wyprawia! Bezeceństwa! Pijatyki, bijatyki i rozpusta! I zawsze wiedzą, kiedy się uciszyć, jak policja przyjeżdża... W zmowie są, pani, w zmowie z policją, jedna banda!

- Chodź już! - krzyknęło dziecko cienkim, złamanym chrypą głosikiem. Chwyciło ją za rękę i zaczęło odciągać od uchylonych drzwi. - Chodź już, nie słuchaj jej!

- No, dobrze, dobrze... Ale co ja mam z nim zrobić? Gdzie go odprowadzić? - Marta krok po kroku szła tyłem w stronę schodów, ciągnięta przez dzieciaka. Powiedziała to bardziej do siebie niż do zasłoniętej drzwiami kobiety, ale pani Kwiatkowska uznała za stosowne odpowiedzieć na pytanie:

- Na policję niech go pani odda! Niech się oni martwią! Niech wiedzą, co to za jedna tutaj mieszka! - jej ostry głos niósł się po korytarzu, nawet kiedy Marta była już z małym na dole. - Zawsze mówiłam pani Jadzi, żeby go na policję oddała! Kto to widział, takie rzeczy ukrywać! Chronić ją jeszcze, lafiryndę!

Dopiero na podwórku, w wilgotnym wieczornym powietrzu, Marta zdołała trochę ochłonąć. Nawet nie zauważyła, kiedy mały wyciągnął ją na zewnątrz. Spojrzała w dół na drobną figurkę i zauważyła, że twarz dziecka jest cała mokra. Może to zresztą była tylko mżawka. Mgła zaczęła się skraplać i zamieniła się w drobny, lodowaty deszcz.

- No i co robimy? - zapytała bezradnie, czując w piersi dziwny skurcz. Kucnęła przy chłopcu i wzięła go za rękę.

- Białaś dać bi bonczka! - oświadczył, wycierając oczy i nos rękawem wolnej ręki. A więc jednak płakał, mały twardziel. - Widzisz już, że nikogo nie ba w domu. Daj bi bonczka i zjem tutaj!

- Nie, tu nie będziesz jadł. To niekulturalnie i niehigienicznie – pouczyła go Marta, podejmując jednocześnie decyzję. - Pójdziemy do mnie, zrobię nam ciepłej herbaty i zjemy sobie pączki razem. A wcześniej umyjemy ręce. Zgoda?

Mały przez chwilę mierzył ją uważnym spojrzeniem.

- Ale nie oddasz mnie na policję? - dopytał się nieufnie, cofając się o krok i chowając za siebie obie ręce. Broda mu się trochę trzęsła.

- No coś ty! - zawołała, siląc się na uśmiech. - Oni są tak zajęci łapaniem groźnych bandytów, że na pewno nie mają czasu na zajmowanie się takim małym chłopcem, który w dodatku nic złego nie zrobił! Nie, nie będziemy policji zawracać głowy! Zostawimy tylko twojej mamie kartkę w drzwiach, że jesteś u mnie, i pójdziemy sobie na pączki. Mieszkam pod piątką...

- Wiem – dzieciak pociągnął nosem, w którym obficie zabulgotało. Marta przymknęła na chwilę oczy, głęboko odetchnęła, po czym sięgnęła do torebki i wyjęła paczkę chusteczek higienicznych. Wstając z kolan po wykonaniu niezbędnych czynności, z rękami pełnymi zużytej ligniny, zahaczyła niechcący wzrokiem o piętro kamienicy. Pani Kwiatkowska tkwiła tuż nad nimi, wychylona z otwartego okna, niczym stary relief na odrapanym murze, i lustrowała ich wścibskim spojrzeniem. Marta przez chwilę miała ochotę pokazać jej środkowy palec. Opanowała się jednak.

- Chodź, idziemy stąd! - zarządziła, chwytając swój przybrudzony i wymiętoszony pakunek z pączkami. - Jestem głodna jak wilk! Czas na kolację...

Urwała, gdy tylko odwróciła się w stronę chłopca, żeby wziąć go za rękę. Mały stał z zadartą głową, rozczapierzonymi palcami naciągał skórę przy oczach oraz kąciki warg w paskudny grymas, a z ust zwisał mu aż na brodę - wystawiony w stronę okna na piętrze - okazały jęzor.

- Sdara czarobnica! - wychrypiał, gdy tylko udało mu się przywrócić twarz do normalnego stanu. Być może sąsiadka nie zdążyła już usłyszeć tych słów, gdyż Marta gwałtownie wciągnęła go w czeluść korytarza.

***

Już od dzieciństwa człowiek musi się oswoić z naturalnym stanem rzeczy, że bliźni mają wobec niego przeróżne oczekiwania, którym – chcąc mieć w życiu choć trochę świętego spokoju – powinien w jakimś stopniu uczynić zadość. Z biegiem czasu odkrywa jednak inną prawdę – że choćby i chciał, nie da rady dogodzić każdemu.

Dajmy na to, że jest się kobietą trzydziestoletnią, pełną energii, pasji życiowej i dobrej woli. Rodzice z niecierpliwością wyglądają ślubu – bo to już najwyższa pora! - i rozrastającej się w szybkim tempie gromadki wnucząt, która – w rozsądnych granicach - wypełni im czas i umili starość. Narzeczony oczekuje macierzyńskiej cierpliwości i czułości, połączonej z namiętnością dwudziestolatki oraz jędrnym, żeby nie powiedzieć kościstym, ciałem podlotka. Pracodawca wymaga ustabilizowanego życia prywatnego, a więc posiadania dzieci w wieku przynajmniej gimnazjalnym - żeby nie trzeba było z nimi zostawać w domu w razie choroby - lub też całkowitego wyrzeczenia się aspiracji w tej dziedzinie, i to po wieczne czasy. Przyjaciele, w zależności od tego, jak potoczyły się ich losy, oczekują, że będzie się z nimi wysiadywać w knajpach do drugiej w nocy lub też jeździć na wakacje do gospodarstw agroturystycznych, żeby wieczorami pilnować ich dzieci, podczas gdy oni wreszcie będą mogli poszaleć. Sąsiedzi uznają, że w tym wieku powinno się spędzać wolny czas przed telewizorem i chodzić spać z kurami, a organizowanie imprez na trzydzieści osób z głośną muzyką i dużą ilością alkoholu jest już taką aberracją, że trzeba o tym szybko zameldować policji. Ksiądz zaś podsumowuje trzydziestoletnie zmagania człowieka ze światem stwierdzeniem, że zabrakło w nich chrześcijańskiego spojrzenia oraz celu i że trzeba takowy szybko odnaleźć, aby wreszcie osiągnąć samorealizację.

Marta dzielnie stawiała odpór wszystkim tym oczekiwaniom. A z czasem nauczyła się je po prostu olewać. W dzieciństwie była bardzo grzeczną i bardzo posłuszną dziewczynką, do tego stopnia, że – jak stwierdziła w okresie dojrzewania - wyrobiła już w tej dziedzinie normę na całe życie. Postanowiła być sobą i żyć po swojemu, nie przejmując się tym, co myślą inni, i dogadzając głównie sobie. Cel ten realizowała w pocie czoła, dzień po dniu od piętnastu lat…

Share this file wikio : Share this file | digg : Share this file | del.icio.us : Share this file | facebook : Share this file | scoopeo : Share this file | blogmarks : Share this file | additious : Share this file |
Share the latest files Netvibes : Share the latest files | iGoogle : Share the latest files | My Yahoo : Share the latest files | wikio : Share the latest files | RSS : Share the latest files |
Previous file: "Raj od kuchni"