mirosława kareta

"Raj od kuchni"

30/04/2014 - Read 1125 times
"Przeżyj wspaniały śródziemnomorski romans! Do śmierci będziesz to pamiętać..." - Sylwia i Kasia, świeżo upieczone maturzystki, wiele sobie obiecują po wakacjach na Sardynii. Słońce, plaża, egzotyczna kuchnia i do tego... przystojni wyspiarze. Raj!

 

"Przeżyj wspaniały śródziemnomorski romans! Do śmierci będziesz to pamiętać..." - Sylwia i Kasia, świeżo upieczone maturzystki, wiele sobie obiecują po wakacjach na Sardynii. Słońce, plaża, egzotyczna kuchnia i do tego... przystojni wyspiarze. Raj!
Tymczasem już od pierwszej chwili wszystko idzie na opak. Sympatyczna pani, do której jadą, okazuje się szaloną, gadającą z duchami staruszką, zamiast luzu czeka je harówka od rana do nocy, miłosne przygody przydarzają się zawsze nie w porę, a otaczająca je rzeczywistość aż wibruje od różnych tajemnic.
Zagubione na brzegu rajskiej wyspy, dziewczyny szukają odpowiedzi na wiele pytań. Jak rozpoznać prawdziwą miłość? Dlaczego niektórzy są tak bezinteresownie wredni? Co sprawia, że życie na ziemi staje się czasem odblaskiem prawdziwego raju? I wreszcie:

Czy to możliwe, że właśnie Sardynia jest zaginioną przed trzema tysiącami lat Atlantydą, jak sądzą lokalni patrioci?

***

- Zupa na chlebie, ryba w soli i canonau do piątki. Przynieś też nowe serwetki i pojemniki z octem i oliwą – Maria ruchem brody wskazała jej stolik, popatrzyła na nią ciężko i zaraz przeszła dalej, w stronę kuchni, niosąc z gracją na rozczapierzonej dłoni i przedramieniu cały stos brudnych talerzy. Zgrabna, dumnie wyprostowana, z gęstą falą czarnych włosów, niedbale upiętych i spływających na plecy. Była szefową obsługi na sali. Nie cierpiała Sylwii od samego początku i nie starała się wcale tego ukryć. Najgorsze było to, że przekazując jej polecenia służbowe mówiła do niej tylko w sardo, języku, którego Sylwia nie rozumiała. Ani w ząb.

Teraz nieszczęsna blondynka z Polski stała w swoim kelnerskim uniformie na środku restauracyjnej sali i zastanawiała się, czy ma lecieć za Marią na zaplecze i prosić ją powtórzenie wszystkiego po włosku, czy pożalić się na nią Sergiowi, stojącemu przy kasie, czy też ściągnąć z siebie czyściutki, biały fartuszek i wrócić pieszo do Dorgali, a potem błagać panią Gisellu o jeszcze jeden telefon do zaprzyjaźnionego gospodarza spod Nuoro. Pomidory, ogórki i fasolka szparagowa przynajmniej nie gadały w sardo i nawet gdyby chciały, nie mogły dać jej odczuć, jak bardzo do nich nie pasuje.

Sylwia wzięła głęboki oddech, przymknęła na chwilę oczy, a potem zdecydowanym ruchem wyjęła notesik z kieszeni swego fartucha i ruszyła do stolika pod oknem.

- Przepraszam, ale zaszła pomyłka. Muszę jeszcze raz przyjąć państwa zamówienie – oświadczyła gładko, okraszając te słowa najpiękniejszym uśmiechem, na jaki ją było w tej chwili stać. Do Marii nie zamierzała już więcej zwracać się z prośbą o bardziej ludzkie traktowanie. Miała nauczkę. Dziś przed południem, w podobnej sytuacji, gdy dogoniła ją przy ladzie i poprosiła – w obecności Sergia – o powtórzenie tego, co do niej przed chwilą mówiła, piękna Sardynka z niewinnym uśmiechem zwróciła jej uwagę, że ma rozmazane oko. Sylwia poprawiła szybko makijaż i wróciła do pracy, a pół godziny później odebrała pierwszy ochrzan od samego szefa – dostojnego starca z grzywą siwych włosów i wielkim nosem - że nie przekazała do kuchni zamówienia i goście na tarasie już od trzech kwadransów siedzą głodni, mając jedynie jako zakąskę chrupki chlebek carasau.

- Czarna wiedźma! Poczekaj, jeszcze ci pokażę! – myślała Sylwia mściwie, stukając obcasami po deskach podłogi i zamaszystym krokiem podchodząc do lady. Długa spódnica aż furkotała za nią, co – jak wiedziała, obserwując prowokacyjne ruchy swojej przełożonej – wyglądało bardzo sexy.

- Trzy razy zupa na chlebie i ryba w soli dla piątki – oświadczyła głośno, trochę może zbyt głośno i łupnęła przy tym w blat karteczką z zamówieniem, aż talerz z zupą jarzynową, stojący na barze, podskoczył i zaśpiewał. Szef, który zawsze zjadał swój południowy posiłek usadowiony na wysokim stołku blisko kasy, skąd miał doskonały widok na całą salę, podniósł na nią zdziwione spojrzenie. Sergio uniósł pytająco brwi, lecz zaraz pospieszył z karteczką na zaplecze, żeby przekazać zamówienie do kuchni.

- Scusi – szepnęła Sylwia, tracąc od razu parę. Pracowała tu dopiero kilka dni, a już wyszła przed właścicielem na osobę nieokrzesaną i bez kultury. Właśnie zaczęły ją ogarniać wątpliwości i niechęć do siebie samej, gdy niezawodna Maria rozwiała tę duszącą ją chmurę i zadbała o dopływ świeżej adrenaliny do jej krwioobiegu.

- A o serwetkach i oliwie pamiętasz? - rzuciła mijając ją w przejściu, kręcąc biodrami i niosąc na tacy talerze z przekąskami dla następnych gości. Oczywiście znowu mówiła w sardo. Sylwia przez chwilę miała ochotę podstawić jej nogę, tylko z trudem zapanowała nad sobą. Zgrzytnęła za to zębami w sposób słyszalny w promieniu kilku metrów.

- Weź serwetki i oliwę do tego stolika. Chyba się skończyły – mruknął do niej po włosku szef, opuszczając znowu spojrzenie na swój talerz z zupą. - I nie denerwuj się. Do gości trzeba się uśmiechać.

***

Pracę w restauracji “Il Paradiso” na przystani w Cala Gonone załatwił jej Sergio. Może więc nie była w jego oczach aż tak żałosna, jak się jej wydawało? Długo się nad tym zastanawiała, kiedy signora Gisellu oświadczyła jej nazajutrz po nocnej wizycie bratanka, że ma dla niej ciekawsze zajęcie niż wyrywanie chwastów z upraw bazylii lub zbieranie cukinii. Sylwia miała zostać kelnerką w jednej z najpopularniejszych miejscowości wypoczynkowych na wyspie! Następnego dnia Segio zabrał ją na miejsce swoją terenówką, z której zdążył już wywietrzeć przykry zapach... wiadomo czego, ale w której ciągle jeszcze – dla pewności – nie zamykał na noc okien.

Pokazał jej skromny i ciasny pokoik na zapleczu restauracji, w osobnym budynku, oddzielonym od “Il Paradiso” wewnętrznym dziedzińcem, który odtąd miała zajmować, dzieląc łazienkę z nim oraz Marią. Potem przyniósł z magazynu strój kelnerski – obficie marszczoną brązową spódnicę i pięknie haftowną białą bluzkę z głębokim dekoltem. Zmierzył przy tym całość jej sylwetki tak wnikliwym i taksującym spojrzeniem, że Sylwia spłonęła krwistym rumieńcem i nabrała pewności, że mógłby teraz z zamkniętymi oczami wybrać dla niej w sklepie z bielizną idealnie dopasowany stanik. Rzeczywiście, miał w oczach dobrą miarę, gdyż służbowy uniform leżał na niej jak ulany. Bezstronnie musiała też przyznać, że wyglądała w nim niezwykle pięknie, dojrzale i kobieco. W domu, w dżinsach-biodrówkach i obcisłym topie, nigdy się tak nie czuła.

A może to nie była sprawa ubrania, tylko spojrzenia?

- Bella! - oświadczył Sergio z wyraźnym zadowoleniem. - Będziesz ozdobą naszej sali!

Potem polecił jej, żeby się zadomowiła w swojej klitce i więcej już na nią nie patrzył. W każdym razie nie w ten sposób, jak stwierdziła – nie wiadomo czemu – z rozczarowaniem.

Tego samego dnia wieczorem poznała ojca Sergia, a brata pani Gisellu, który był właścicielem restauracji.

Juanni Fronteddu, mimo ukończonych sześćdziesięciu pięciu lat, sprawiał imponujące wrażenie. Był dość wysoki, jak na sardzkie standardy, a wielkości jego postaci odpowiadała nadzwyczajna siła charakteru. Jak stary lew, rozleniwiony i powolny, ale nadal pewny swej mocy i gotów w razie potrzeby skoczyć rywalowi do gardła, krążył niespiesznie pomiędzy swoimi dwiema restauracjami – całoroczną w Dorgali i sezonową w Cala Gonone - czuwając nad tym, aby wszystko toczyło się jak należy, zagadując i czarując stałych bywalców oraz nie spuszczając z oka swoich pracowników. Ci ostatni rekrutowali się zresztą w większości z rodziny.

Sergio był jego najmłodszym synem, a jedynym z drugiego małżeństwa. Nominalnie to on właśnie szefował w “Il Paradiso” przez letnie miesiące i trzymał tam kasę – dowód wielkiego zaufania swego ojca. Stary właściciel zjawiał się jednak w lokalu co dzień i to do niego wszyscy – łącznie z Sergiem - zwracali się “szefie”. On też, oczywiście, podjął decyzję o zatrudnieniu Sylwii, choć wpływ na nią miały bez wątpienia namowy ze strony syna oraz swej starszej o dziesięć lat siostry.

- Taaaak... - wymruczał swoim niskim, leniwym głosem, mierząc dziewczynę taksującym spojrzeniem. Sylwia, specjalnie na tę okazję ubrana w swój nowy strój kelnerski, poczuła się trochę jak towar na targu niewolników. Jednocześnie rzuciło się jej w oczy wielkie podobieństwo Sergia i jego ojca. Sergio był trochę niższy, ale podobnie zbudowany. Mieli te same oczy i tak samo uważnie nimi patrzyli, te same wydatne nosy i podobnie wykrojone usta, ale przede wszystkim tę samą manierę podchodzenia do życia bez pośpiechu i z dystansem. Z pewnością siebie, właściwą dla przełożonych.

- Taaaak – powtórzył szef. - Myślę, że będziesz dobrym nabytkiem. Jakie znasz języki?

- Włoski i angielski. Trochę niemiecki, ale bardzo mało. No i oczywiście polski – odpowiedziała Sylwia, starając się nie myśleć o tym, że znowu jest czerwona. Cóż za okropne dziedzictwo po ojcu, te jasne włosy i rumieniec z byle powodu!

- He he – docenił jej dowcip stary lew. - Polski też się może czasem przydać. Miewamy tu coraz więcej Polaków. Wspinają się chętnie po naszych skałach.

Sylwia nie wiedziała za bardzo, co na to odpowiedzieć, więc uśmiechała się tylko ładnie i nieszczerze. Gdy już zaczynały jej drętwieć szczęki, Juanni Fronteddu przestał wreszcie mierzyć ją wzrokiem wzdłuż i wszerz. Ruszył się ze swojego stałego miejsca na wysokim stołku przy barze i zaczął oprowadzać ją po restauracji, tłumacząc, na czym będzie polegać jej praca i przedstawiając ją innym zatrudnionym. Wszystko przebiegało gładko, dopóki nie natknęli się na Marię.

- Nowa kelnerka? Jaka kelnerka?! - wybuchnęła czarnowłosa piękność, obrzucając Sylwię spojrzeniem pełnym wrogości, a następnie zupełnie ignorując jej obecność. - Wujku, przecież rozmawialiśmy o tym! Obiecałeś mi!

- Nie teraz – ucieszył ją starszy pan, władczym gestem podnosząc rękę i nie tracąc ani na chwilę swojego patriarchalnego spokoju. - Porozmawiamy o tym potem, bez świadków.

Maria zalała się czerwienią prawie tak samo intensywną, jak Sylwia w tym samym momencie, ale jeszcze próbowała walczyć. Przeszła na sardo, gwałtownie machając ręką i wyrzucając z siebie potoki słów. To nie była jednak dobra metoda. Juanni Fronteddu odezwał się krótko, głosem twardym jak granit i Sylwia po raz pierwszy w życiu na własne oczy zobaczyła, jak ktoś się dławi własnym potokiem wymowy. Jakaś niewidzialna zapora zamknęła Marii usta i wszystkie gotowe już do wypłynięcia z nich zdania spiętrzyły się jej na wargach i w gardle. Sardynka zrobiła się purpurowa, wytrzeszczyła piękne oczy i przez chwilę otwartymi ustami z trudem łapała oddech. Wreszcie – gdy doszła do siebie – odwróciła się gwałtownie na pięcie i jak burza zniknęła na zapleczu.

Starszy pan mruknął coś pod nosem w stronę Sergia i wykonał ruch brodą w kierunku drzwi, w których zniknęła wzburzona dziewczyna, a jego syn odpowiedział krótko również w sardo i ruszył za nią.

Jak się zakończył konflikt w rodzinie, który nieświadomie wywołała, nie dowiedziała się Sylwia nigdy. Jego przyczynę poznać miała dopiero później i to drogą nieoficjalną. Skutki jednakże miała odczuwać na własnej skórze już od pierwszego dnia pracy.

Nazajutrz – trzynastego i w piątek - Maria traktowała Sergia zupełnie normalnie, dowcipkując z nim i trącając go poufale łokciem pod żebra. Do szefa zwracała się wprawdzie oschle, ale poprawnie, natomiast cała swoją żywiołową niechęć skupiła na nowej kelnerce. Była niezwykle pomysłowa w doborze szpil, które jej wbijała, a przy tym na tyle subtelna, że nikt z zewnątrz – nawet stary lew – nie mógł się do niej przyczepić. To była typowo kobieca wojna podjazdowa i mężczyźni – a tych była w restauracji większość zatrudnionych – nie zdawali sobie nawet sprawy z jej istnienia.

W środę, po pięciu dniach przepracowanych w takiej atmosferze, Sylwia była już u kresu wytrzymałości. Za każdym razem, gdy dotykały ją nowe szykany ognistej przełożonej, wzbierała w niej dzika furia. Zastanawiała się, jak się temu przeciwstawić i przychodziły jej na myśl jedynie rozwiązania siłowe. Przelatywały jej przez głowę migawki z damskiego boksu, judo lub zapasów odbywanych w baseniku wypełnionym błotem. W najgorszych chwilach były to po prostu brutalne sceny targania się za włosy i lania po gębach, rodem z amerykańskich filmów gangsterskich.

W tych marzeniach na jawie, uskutecznianych w przerwach między jedną a drugą posługą kelnerską, Maria zawsze występowała w roli strony pokonanej, zaś Sylwia, siedząc na niej okrakiem i spoglądając z góry w jej rozczochraną, spoconą i podrapaną twarz, doznawała swego rodzaju zadośćuczynienia za wszystkie dotychczasowe upokorzenia. Tak, to był widok bardzo podnoszący na duchu...

Z zamyślenia wyrwało ją mocne szturchnięcie w bok, które podbiło jej ręce do góry i spowodowało, że cała zawartość niesionej przez nią tacy – kilkanaście owiniętych w serwetki kompletów sztućców dla stolików na tarasie – z okropnym łomotem wylądowała na posadzce. Huk był taki, że wszyscy obecni goście zamarli i odwrócili głowy w jej stronę, szef mało nie spadł z barowego stołka, a z zaplecza wyglądnął przestraszony kucharz, żeby sprawdzić, co się stało.

- Och, przepraszam. Bardzo tu ciasno, nie? - powiedziała Maria głośno i wyraźnie po włosku, po czym z zakłopotanym uśmiechem wyminęła Sylwię w przejściu między stolikami, przeskakując zgrabnie nad jej wysypanym ładunkiem.

Prawie płacząc ze złości Sylwia rzuciła się na kolana, żeby pozbierać zalegające na podłodze noże i widelce. Była już zdecydowana urzeczywistnić swoje fantazje i zakończyć pracę w w”Raju” rozbijając na głowie Marii solidną kelnerską tacę, kiedy zdarzyły się na raz dwie rzeczy. Od strony kasy nadbiegł Sergio i klęknął przy niej, zgarniając sztućce i mamrocząc jakieś uspakajające słowa, zaś w drzwiach wejściowych pojawiła się niespodziewanie signora Gisellu, popychana na wózku przez Kaśkę. Staruszka miała na jednym oku gruby opatrunek z gazy, zaś Kaśka była blada w czerwone centki i wyglądała, jakby z trudem powstrzymywała się od płaczu.

***

- Stęskniłyśmy się za tobą – mówiła signora Gisellu, trzymając krzepko dłoń Sylwii w swojej pomarszczonej ręce i poklepując ją drugą ręką. O dziwo, jej dotyk był całkiem przyjemny, skóra sucha i chłodna, a uścisk wlewał w Sylwię jakąś nową siłę i otuchę. Dziewczyna, przed chwilą jeszcze wzburzona i drżąca po zajściu z Marią, teraz uspokoiła się i ręce przestały jej dygotać.

Siedziały na tyłach restauracji, w małej salce przeznaczonej dla wyjątkowych gości szefa. Kaśka zapadła w fotel, wsparła skroń na ręce i pogrążyła się w milczeniu, przerywanym tylko głębokimi westchnieniami. Prawdopodobnie nic z prowadzonej po włosku konwersacji do niej nie docierało.

- Wiesz, dziewczyno, od kiedy wyjechałaś, nie bardzo się możemy z Kasią dogadać – mówiła signora Gisellu, nie wypuszczając dłoni Sylwii ze swego uścisku. - Nie rozumiemy się zupełnie... Oczywiście, z czasem wszystko się poprawi i z odrobiną dobrej woli, cierpliwości oraz Boską pomocą na pewno nam się ułoży, ale... Rzecz tak wygląda, że Kasia chyba ma depresję – pani Callina rzuciła okiem na swoją młodą opiekunkę. Twarz miała szczerze zmartwioną. - Wiesz, od wczoraj ona tylko chodzi i płacze po kątach. Oczywiście, robi co do niej należy, pomaga mi jak może, ale przecież widzę, jaka jest nieszcześliwa!

Kaśka wydała z siebie tak głębokie westchnienie, że jej podkoszulek, opięty na biuście, lekko zatrzeszczał w szwach. Zapatrzona gdzieś za okno nie zwracała na nie żadnej uwagi, choć jej imię padło w rozmowie już kilka razy.

- To pewnie tęsknota za domem. Taka przypadłość może dotknąć każdego, bez względu na wiek – kontynuowała staruszka. - Ja to wszystko bardzo dobrze rozumiem i współczuję jej, ale sama widzisz – wskazała ręką na swoje bezwładne nogi w wózku inwalidzkim – koniecznie potrzebuję kogoś do pomocy! Nie mogę jej w tej chwili odesłać do domu!

- Ależ oczywiście – wtrąciła Sylwia, wykorzystując chwilę, gdy starsza pani musiała zaczerpnąć tchu. - Kasia dobrze sobie z tego zdaje sprawę. Po to tu przyjechała i na pewno chce zostać do końca.

- Moja droga – signora Gisellu zmieniła nagle ton na podniosły i dla podkreślenia wagi swoich słow potrząsnęła ręką Sylwii. - Wiem, ile znaczy dla ciebie ta praca tutaj. Wiem, że chcesz być niezależna. Ale... czy mogłabyś rozważyć taką propozycję... ja zapłacę ci dodatkowo, nie wiem, czy tyle co tutaj, ale postaram się, żebyś nie była stratna... Czy nie zechciałabyś do nas wrócić, przynajmniej do czasu, aż Kasi przejdzie to załamanie nerwowe?

Pani Callina utkwiła uważnie w Sylwii swoje jedno odsłonięte oko i z widocznym napięciem oczekiwała na odpowiedź.

- Ja... Nie wiem co powiedzieć... - wybąkała Sylwia, która miała wielka ochotę odtańczyć przed staruszką jakiś góralski taniec, śpiewając przy tym z radości.

- Proszę, zastanów się, drogie dziecko, może chociaż na tydzień lub dwa... Ja to wszystko załatwię z moim bratem, możesz być spokojna. Potem wrócisz tu do pracy na resztę wakacji, to ci gwarantuję!

- Cóż... Oczywiście, z przyjemnością pomogę pani i Kasi – wyszeptała Sylwia, powstrzymując się z trudem przed siarczystym wycałowaniem babci w oba brązowe policzki.

Chwilę potem były wraz z Kaśką w drodze na plażę. Po sjeście restaurację zamknięto, pracownicy rozeszli się na dwie godziny każdy w swoją stronę, a signora Gisellu wraz z bratem zamknęli się na zapleczu, by przedyskutować pilne zmiany personalne. Sylwia była tak szczęśliwa, że wychodząc, z rozpędu obdarzyła Marię najpromienniejszym uśmiechem, na jaki ją było stać. Widząc osłupiały i urażony wyraz twarzy swojej prześladowczyni stwierdziła, że niechcący znalazła chyba skuteczny sposób przeciwstawienia się jej szykanom. Zamiast się złościć i zgrzytać zębami lepiej pokazać, że cokolwiek by Maria zrobiła, nie jest w stanie zepsuć Sylwii dobrego humoru. Jest na to zbyt mało ważna. Jak dokuczliwa mucha, która drażni, bzyczy, krąży koło nosa, ale mimo to pozostaje tylko muchą...

Nagły przypływ świetnego samopoczucia sprawił, że objęła osowiałą Kaśkę w pasie, kierując ją w stronę ścieżki prowadzącej na plażę. Był upał prawie nie do wytrzymania. Tylko woda dawała im szansę na przeżycie.

- No, co jest? - Sylwia trochę się już zmęczyła popychaniem kuzynki w wybranym przez siebie kierunku. - Nie chcesz zobaczyć morza?

- Już widziałam. Z auta, z drogi – odparła Kaśka. - Poza tym i tak nie mam stroju ze sobą...

- Nie masz stroju? To nic, wskoczymy w majtkach... Albo, jeszcze lepiej, kawałek drogi stąd jest miejsce dla nudystów- zachichotała Sylwia, ale Kaśka wyjątkowo nie była tego dnia w nastroju do figli.

- Uspokój się na chwilę – warknęła tak, że Sylwii od razu ręce opadły. - Co ty myślisz, że ja po tym wszystkim mogę sobie tak po prostu leżeć na plaży albo się kąpać?!

- Ale po czym...

- Po czym? Po czym! - Kaśka stanęła w miejscu, blokując przejście i podniosła głos prawie do krzyku. - Pojechałaś sobie, zarabiasz pieniądze, byczysz się na plaży, korzystasz z wakacji całą gębą, a ja tam muszę sama z tą wariatką... I jeszcze mnie pytasz - po czym?!

 

 

 

Share this file wikio : Share this file | digg : Share this file | del.icio.us : Share this file | facebook : Share this file | scoopeo : Share this file | blogmarks : Share this file | additious : Share this file |
Share the latest files Netvibes : Share the latest files | iGoogle : Share the latest files | My Yahoo : Share the latest files | wikio : Share the latest files | RSS : Share the latest files |
Previous file: "Pokochałam wroga"Next file: "Kolorowe szkiełka"