mirosława kareta

Kontynuacja sagi rodu Petrycych

28/10/2016 - Read 1765 times
Dochodziła piąta po południu, zrobiło się ciemno. Oświetlenie oczywiście nie działało – w mdłym blasku ulicznych latarni ledwie widział numer telefonu, zapisany niedbale długopisem na kartce w kratkę. Klnąc nałożył okulary i powoli, ze słuchawką przyciśniętą ramieniem do brody i kartką przy nosie, wykręcił siedem cyfr. Po krótkiej chwili ktoś odebrał.

– Pan Petrycy? – zapytał nie przedstawiając się, a gdy usłyszał potwierdzenie, bez wstępów przeszedł do rzeczy: – Mam do sprzedania teczkę pana ojca. Tego przybranego, Benedykta. Od razu mówię, że jest też inny kupiec i sporo mi za te dokumenty oferuje. Ale panu należy się pierwszeństwo...

 

Kraków

wtorek, 21 stycznia 1992 r.

 

Dochodziła piąta po południu, zrobiło się ciemno. Oświetlenie oczywiście nie działało – w mdłym blasku ulicznych latarni ledwie widział numer telefonu, zapisany niedbale długopisem na kartce w kratkę. Klnąc nałożył okulary i powoli, ze słuchawką przyciśniętą ramieniem do brody i kartką przy nosie, wykręcił sześć cyfr. Po krótkiej chwili ktoś odebrał.

– Pan Petrycy? – zapytał nie przedstawiając się, a gdy usłyszał potwierdzenie, bez wstępów przeszedł do rzeczy: – Mam do sprzedania teczkę pana ojca. Tego przybranego, Benedykta. Od razu mówię, że jest też inny kupiec i sporo mi za te dokumenty oferuje. Ale panu należy się pierwszeństwo...

Po drugiej stronie przewodu panowała cisza.

– Zwariował pan?! – usłyszał wreszcie wzburzony głos doktora.

– Niech się pan dobrze zastanowi! Te dokumenty są na wagę złota – mówił szybko, bo dobrze przeczuwał, co zaraz nastąpi. – Nie będę się targował, wystarczy, że zapłaci pan tyle, ile daje tamten...

– Do widzenia! – ciągły sygnał w słuchawce oznaczał, że rozmowa została przerwana.

Ściągnął okulary i wraz z karteczką wepchnął je do kieszeni kurtki. Przez długie lata swojej zawodowej pracy przyzwyczaił się do rzucania słuchawką, mamrotanych pod nosem inwektyw oraz spojrzeń pełnych pogardy. Niewiele sobie z nich robił. Nawet teraz, choć czasy się zmieniły, wiedział, że i tak jest górą. Wystarczy rozpocząć grę, a sami do niego przyjdą...

***

– Kto to? – zaniepokoiła się Marysia.

– Jakiś wariat – mruknął Maksymilian siadając obok na sofie i przygarniając ją ramieniem.

Ciągle jeszcze nie mógł się otrząsnąć po wysłuchaniu nowiny, którą mu dziś przekazała. Nadal był oszołomiony i sam nie wiedział, czy bardziej się cieszy, czy lęka. Oczy Marysi błyszczały w półmroku, wyczuwała jego niepokój.

– Poradzimy sobie – powiedziała cicho. Głos miała jednak schrypnięty, a dłoń, którą wyjęła spod koca, by uścisnąć jego rękę, była zimna.

– Oczywiście – szepnął, a potem nachylił się i kilka razy delikatnie pocałował jej palce. – Jaki smak miałoby życie, gdyby nam ciągle nie gotowało niespodzianek?

Uśmiechnęła się i trochę odprężyła. Objęli się mocniej i zapatrzyli w okna, za którymi w blasku świetlówek padały na ziemię grube płatki śniegu.

Doktor już nie pamiętał o telefonie i dziwnej propozycji nieznanego rozmówcy. Myślał tylko o tym, co im niesie przyszłość i czuł, jak powoli rosną w nim radość i nadzieja. Nawet nie przypuszczał, że niebawem rodzinny horyzont przesłoni kolejna mroczna tajemnica z przeszłości...

 

fot. Henryk Hermanowicz, zdjęcia ze zbiorów Muzeum Historycznego Miasta Krakowa

Trzeci tom sagi rodu Petrycych – z pięciu planowanych ;) – już w przygotowaniu.

Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem – a taką mam nadzieję – ukaże się jesienią.

Komentarze i opinie

5 komentarze(y) - Pokaż | Dodaj swój
Share this file wikio : Share this file | digg : Share this file | del.icio.us : Share this file | facebook : Share this file | scoopeo : Share this file | blogmarks : Share this file | additious : Share this file |
Share the latest files Netvibes : Share the latest files | iGoogle : Share the latest files | My Yahoo : Share the latest files | wikio : Share the latest files | RSS : Share the latest files |
Next file: "Zielona godzina"