mirosława kareta

Kontynuacja "Sagi rodu Petrycych"

28/10/2016 - Read 2558 times
Dawno, dawno temu, w małym domku pod lasem, żyli sobie mąż i żona wraz z trzema synami. Dwóch starszych było mądrych i pięknych, a trzeciego wszyscy nazywali Głuptaskiem. Martwili się rodzice, co z niego wyrośnie, bo nawet dobrze wysłowić się nie umiał. Ludziska kiwali głowami, a za plecami śmiali się z niego, no bo co myśleć o takim głupku, co każdemu wierzy i odda nieznajomemu ostatnią koszulę? Nikt mu jednak krzywdy nie robił, bo był dobry i poczciwy, cieszył się z byle czego, a innych swoją naiwnością rozweselał.
Pewnego razu ojciec przyłapał chłopa na kradzieży drzewa z lasu.
– Poczekaj ty! – wołał, prowadząc go w stronę małej piwniczki, gdzie zamierzał zamknąć winowajcę. – Zaraz sprowadzę policję z miasteczka! Już ty z karceru prędko nie wyjdziesz!
Starsi bracia wrócili właśnie ze szkoły. Patrzyli z dumą na ojca, który był wielki i groźny, miał zielony mundur i długą strzelbę. Pilnował porządku w lesie i wszyscy się go bali. Ale trzeci syn, który do szkoły nie chodził, tylko całymi dniami siedział na przyzbie i muchy łapał, poderwał się z miejsca.
– Zlituj się, tatulu! – zawołał, zachodząc ojcu drogę.
Nieskładnie to wypadło, bo jak zawsze język mu się plątał.

 

Dawno, dawno temu, w małym domku pod lasem, żyli sobie mąż i żona wraz z trzema synami. Dwóch starszych było mądrych i pięknych, a trzeciego wszyscy nazywali Głuptaskiem. Martwili się rodzice, co z niego wyrośnie, bo nawet dobrze wysłowić się nie umiał. Ludziska kiwali głowami, a za plecami śmiali się z niego, no bo co myśleć o takim głupku, co każdemu wierzy i odda nieznajomemu ostatnią koszulę? Nikt mu jednak krzywdy nie robił, bo był dobry i poczciwy, cieszył się z byle czego, a innych swoją naiwnością rozweselał.

Pewnego razu ojciec przyłapał chłopa na kradzieży drzewa z lasu.

– Poczekaj ty! – wołał, prowadząc go w stronę małej piwniczki, gdzie zamierzał zamknąć winowajcę. – Zaraz sprowadzę policję z miasteczka! Już ty z karceru prędko nie wyjdziesz!

Starsi bracia wrócili właśnie ze szkoły. Patrzyli z dumą na ojca, który był wielki i groźny, miał zielony mundur i długą strzelbę. Pilnował porządku w lesie i wszyscy się go bali. Ale trzeci syn, który do szkoły nie chodził, tylko całymi dniami siedział na przyzbie i muchy łapał, poderwał się z miejsca.

– Zlituj się, tatulu! – zawołał, zachodząc ojcu drogę.

Nieskładnie to wypadło, bo jak zawsze język mu się plątał. Ale ojciec go zrozumiał, gdyż od dawna uczył się tej dziwnej mowy Głuptaska.

– Prawo jest prawem! – powiedział surowo, kładąc rękę na ramieniu najmłodszego syna. – Kto łamie przepisy, musi ponieść karę. Ty też to wreszcie pojmij!

Starsi bracia potaknęli. Nie tylko w domu, ale także w szkole dyscypliną ich uczono, że trzeba przestrzegać zasad. Nieraz ich od tej nauki tyłki i ręce bolały.

– Zlituj się, tatulu! – prosił jednak Głuptasek. Uczył się powoli i trzeba mu było wszystko wielokrotnie powtarzać. – Przecież on nie ma pracy, a w chałupie szóstka dzieci do wykarmienia!

– Prawo jest prawem! – powiedział jeszcze raz leśniczy, choć już mu zaczynało brakować cierpliwości. – Odstąp, synu!

Głuptasek jednak nie odstąpił, zaczął błagać jeszcze goręcej:

– Na czym ma im strawy uwarzyć? Zima idzie, ma pozwolić, żeby mu dzieciska pozamarzały? Ty byś pozwolił, tatulu?!

Zawahał się ojciec na chwilę, zamyślił. Starsi bracia przyglądali się mu bez słowa. Nawet matka stanęła w progu domu i słucha, co też się będzie działo.

Widzi ojciec, że sprawa jest poważna, bo nie tylko jego autorytet, ale honor całego państwa leży na szali. Poprawił skórzany pas i z powagą rzecze:

– Prawo jest prawem, jeszcze raz ci powiadam. Może to kiedyś i ty zrozumiesz, Głuptasku, choć brak mi już nadziei! Ten człowiek musi zapłacić za kradzież, której się dopuścił.

Na to Głuptasek rzucił się ojcu do kolan.

– Zlituj się, tatulu! – zaczął zawodzić, a ściskał mu nogi tak mocno, że się leśniczy nie mógł na krok ruszyć. – Puść biedaka do domu!

Szarpnął się ojciec, a kiedy to nie pomogło, zamachnął się na syna. Rękę zaś miał ciężką i twardą.

– Uciekaj! – krzyknął Głuptasek do chłopa, który stał z rozwartą gębą i tylko się gapił.

Ten jednak nie zrozumiał dziwnego języka, jakim mówił syn leśniczego, i nawet do głowy mu nie przyszło uciekać.

Starsi bracia, widząc, że się ojciec bierze do bicia, rzucili swoje kajety i podbiegli do niego.

– Zostaw Głuptaska! – zawołali, wieszając się obaj u ojcowskiej prawicy. – Nie widzisz, że on nic nie pojmuje?!

– Daruj Wasylowi! Wiesz przecie, że to chałupnik, od ubiegłej zimy bez roboty, butów dzieciom nie ma za co kupić! – poprosiła żona, która też przybiegła ratować Głuptaska. – Wiele drzewa w lesie nie ubyło, państwo nasze się przez to nie zawali, a oni mogli się chociaż ogrzać!

Ojciec poszarpał się jeszcze trochę, pokrzyczał, ale – tak osaczony – wreszcie się poddał.

– No, puszczajcie już! – mruknął, lewą ręką przygładzając nastroszone wąsy. – Zlituję się, ale tak dalej nie może być! Kłusownictwo i złodziejstwo się panoszą, co dzień widzę w lesie ślady działalności takich jak on! Państwo się może nie zawali, ale motłoch trzeba uczyć porządku i poszanowania prawa!

A gdy już go puścili i stanęli z boku, uwolnił skrępowane ręce Wasyla i pogroził mu palcem.

– Żeby mi to było ostatni raz! Jak cię znowu przyłapię, długo nie wyjdziesz z paki!

Raz jeszcze przygładził wąsy, poprawił broń na ramieniu i wrócił do lasu. Żona wzięła się w kuchni za szykowanie wieczerzy, starsi bracia pozbierali zeszyty i poszli ćwiczyć kaligrafię. A Głuptasek siadł na przyzbie zadowolony i śmieje się w stronę nieba, że takie niebieskie. Wasyl zaś wracał ścieżką przez las do swej chałupy, patrzył w ziemię i dumał, jak to zrobić następnym razem, żeby się nie dać przyłapać.

***

Nie minęło wiele czasu, przeszła jesień, po niej nastała mroźna zima, a potem seledynowa wiosna. Na przednówku wiele małych kopczyków usypano na cmentarzach koło cerkwi i miejscowego kościoła. Złożono tam także najmłodsze dziecko Wasyla. Odbyło się to po cichu i bez łez, bo dziecina od początku była mała i słaba, a Wasylowa kobieta piersi miała puste. Jak mogła wykarmić maleństwo, gadali ludzie, skoro sama ledwie się na nogach trzymała?

Gdy zieleń na drzewach i miedzach nabrała soczystości, w domku leśniczego na świat przyszła dziewczynka – oczka miała jak jagódki, a usteczka jak maliny. Bracia zachwycili się tym maleństwem i od razu nadali jej imię – Rozalia. Sami przez długie miesiące urośli i jeszcze wypięknieli, policzki mieli rumiane od biegania po lesie, a mięśnie mocne od rąbania drewna i noszenia wody ze studni. Głuptasek także wybujał tego lata i dorównywał im już wzrostem, do pracy się jednak nie nadawał. Całymi dniami leżał tylko na przypiecku, śmiał się do siostry i podjadał to, co matka uwarzyła dla starszych synów i męża.

Gdy lato miało się ku końcowi, a z nieba na ziemię lał się żar, leśniczy ubrał inny mundur, pożegnał żonę i dzieci, i poszedł do wojska. Powołano też kilku chłopów z pobliskiej wioski. Wojna wisiała na włosku, a jednak nikt nie wierzył w to, że wybuchnie. Aż tu nagle, pierwszego dnia września, niebo zasnuły smugi dymu, a horyzont rozświetliły łuny pożarów. Obok leśniczówki przechodziły w karnym szyku postacie z karabinami na plecach, kłusowały konie, przetaczały się fury wiozące przerażonych uciekinierów i ich dobytek. Ludzie przedzierali się przez lasy, gdyż przelatujące nisko nad drogami samoloty pluły ogniem, siejąc śmierć i rozpacz. Leśniczyna zawsze pozwalała przybyszom zaczerpnąć wody ze studni, częstowała utrudzonych chlebem, a dla dzieci miała po kubeczku mleka. Jej synowie uwijali się po obejściu, darli prześcieradła w długie pasy i pomagali opatrywać krwawiące rany. Wszyscy z przerażeniem patrzyli w przyszłość, przeczuwając, że świat, który znali, właśnie się kończy. Tylko Głuptasek radośnie witał gości i zagadywał po swojemu. Gdy odchodzili, beztrosko machał im na pożegnanie, zawsze uśmiechnięty.

A potem nastała cisza, na niebie i na ziemi. Z tego samego lasu zaczęli wychodzić inni żołnierze, z naszytymi na czapkach czerwonymi gwiazdkami, z karabinami zawieszonymi na parcianych sznurkach i wygłodniałymi oczami. Przed nimi leśniczyna zamknęła chatę na głucho, córce do buzi wsadziła smoczek-pypkę, a synom kazała się schować w piwniczce.

Żołnierze przyszli i poszli, ale na okolicę padł blady strach. Znowu zaczęły się pożary, teraz jednak płonęły już tylko niektóre domy i obejścia. Dziedzice ze dworów uciekali do miast. W lasach znajdowano ograbione i okaleczone trupy żołnierzy. Chłopi, którzy już bez mundurów wracali cichcem do swych chałup, opowiadali straszne rzeczy. Władzę przejmowały wszędzie tymczasowe komitety, które zaczęły zaprowadzać nowe porządki. We wsi pod lasem pojawili się bracia Murienko, znani w całym powiecie zabijacy i opoje. Zgromadzili grupę podobnych sobie i utworzyli komitet włościański. Mówili, że wreszcie nastała sprawiedliwość.

Leśniczy długo nie wracał z wojny. Jego rodzina nie otwierała drzwi nikomu, bo i nie wiadomo już było, kto z sąsiadów to wróg, a kto przyjaciel. Tylko Głuptasek, jak to on, nadal rwał się do każdego człowieka. Kiedy miał zostać sam w domu, rodzina musiała go zamykać w piwniczce. Był wtedy bardzo nieszczęśliwy i zawodził niskim głosem, jak przywiązany u budy pies.

– Nie płacz, Głuptasku – tłumaczyli mu matka i bracia. – Siedź tu cicho i pilnuj drzwi!

Wtedy chłopak przestawał płakać, patrzył tylko w zbite z ciężkich, dębowych desek wrota – i pilnował.

Tak przeczekali w strachu kilka tygodni, aż wreszcie jednego wieczoru rozległo się ciche pukanie. Rodzina przyczaiła się w mroku, czekając, aż przybysz sobie pójdzie. Ale pukanie powtórzyło się. A potem w oknie kuchni ukazała się brodata, wymizerowana, obca twarz.

– Otwórzcie, to ja! – zawołał znajomy głos i wtedy już nikt nie zdołał powstrzymać Głuptaska, który rzucił się odsuwać rygiel.

Leśniczy ogolił się i ubrał swój stary, zielony mundur, o dwa numery już na niego za obszerny. Ale nie dawał mu on już teraz żadnej władzy, ani nawet ochrony. Następnego wieczoru pojawili się pod leśniczówką nowi panowie z komitetu włościańskiego. Mieli konie i strzelby, przyświecali sobie pochodniami, dowódca zaś trzymał w jednej ręce jakiś papier, a w drugiej zwój sznura.

– Otwierać! – zażądali, gdy leśniczy wycelował do nich przez okno ze swojej dwururki. – Nie stawiajcie oporu, Józefie, to ocalicie przynajmniej rodzinę!

Zawahał się leśniczy, ręce mu zadrżały. Popatrzył na żonę, tulącą do piersi niemowlę, na trzech synów-niedorostków, w których oczach czaił się strach. Potem znów spojrzał w mrok za oknem, policzył ludzkie sylwetki, oblane pomarańczowym blaskiem pochodni.

– Wychodzić, bo was dymem wykurzymy! – zawołał jeszcze raz jeden z Murienków.

Wtedy leśniczy podjął decyzję. Odłożył swoją strzelbę, przytulił na krótką chwilę żonę i dzieci.

– Bywajcie z Bogiem – powiedział nieswoim głosem.

– Nie, Józuś, nie wierz im! – krzyknęła przeraźliwie leśniczyna. – Jak mamy zginąć, to razem!

Ale on już otworzył drzwi i wyszedł przed dom, akurat w chwili, gdy pierwsza głownia poszybowała w stronę dachu.

– Jezus, Maryjo! Gorze! – wrzasnęła leśniczyna.

Dwóch starszych synów, przez nikogo niepowstrzymywanych, rzuciło się do studni i po drabinę, gasić.

Leśniczego otoczyła zaś zwarta, pomrukująca wrogo ciżba. Wielu było takich, których w dawnych latach złapał na kradzieży drewna lub zakładaniu sideł, do niektórych nawet strzelał. Pamiętali mu to i teraz chcieli się zemścić. Murienko zarzucił mu na szyję pętlę ze sznura i pociągnął za sobą w stronę rosnących nieopodal drzew.

– Nu, Józefie, szykujcie się na śmierć!

Dwaj starsi synowie, lejący wodę na dach, który już się zajął, nie dosłyszeli tych słów. Ale żona leśniczego krzyknęła straszliwie, jakby jej serce miało pęknąć, a mała Rozalka rozpłakała się w jej ramionach. Głuptasek stał dotąd w progu, zaciskał tylko ręce i mamrotał coś po swojemu, przyglądając się zajściu, z którego nic nie rozumiał. Teraz jednak rzucił się biegiem za odchodzącymi. Cała grupa doszła już do wielkiego orzecha za domem. Leśniczego podsadzono na siodło, Murienko odczytał coś po ukraińsku z papieru, który ze sobą przywiózł. I wtedy dopadł do konia najmłodszy syn.

– Zostawcie tatula! – zawołał tak głośno, jak tylko potrafił. – Zlitujcie się, zostawcie nam tatula! 

Jeźdźcy chcieli go odpędzić kopniakami i uderzeniami nahajek, ale on podniósł się zaraz, i dalejże błagać, a zawodzić:

– Nie bierzcie tatula! Nie zabijajcie go!

I wtedy stała się rzecz dziwna. Jeden z mężczyzn, którzy otaczali drzewo, niespodziewanie zasłonił chłopaka przed gradem ciosów i wyzwisk.

– Pomyłuj! – zwrócił się wprost do dowódcy. – On mi pomógł zeszłego roku, karę darował...

– Tobie pomógł? A ilu innych przez niego na zatracenie poszło?! – krzyknęli pozostali. – Na pohybel polskim panom, krwiopijcom! Pogonić konia!

– Tak?! No to podejdź tu który, spróbuj! – wrzasnął na to obrońca leśniczego i złapał za uzdę nerwowo podrygujące zwierzę. W drugiej garści ściskał trzonek siekiery i toczył wokół groźnym spojrzeniem. – To nie polski pan! To dobry człowiek!

– Ty, Wasyl! – zainteresował się Murienko. – A co ty tak go bronisz?

– Ja człowiek biedny, ale dumny! – odrzekł mu Wasyl hardo. Od jesieni zmienił się, wyprostował, nawet wąsy, zawsze obwisłe, teraz sterczały mu buńczucznie. – Swoje długi spłacam!

Murienko patrzył przez chwilę na Wasyla mrużąc oczy, coś tam sobie kalkulował.

– Puśćcie go! – zarządził wreszcie, a potem przyłożył pochodnię do kartki papieru. Płonący strzęp pofrunął nad głową Głuptaska w ciemny las.

Jeden z jeźdźców ściągnął leśniczemu pętlę z szyi i zepchnął go na ziemię. Mruczeli cicho, ale nikt się Murience nie śmiał przeciwstawić.

– Jeszcze się spotkamy! – pokiwał głową watażka, a potem ścisnął piętami boki konia i pokłusował do wsi. Inni ruszyli jego śladem.

Leśniczy z pomocą syna wstał z ziemi. Spojrzeli na Wasyla.

– Jesteśmy kwita – mruknął chłop i splunął im pod nogi. – Ale ja bym na twoim miejscu stąd zniknął. Drugi raz ci życia nie uratuję.

A potem odwrócił się i poszedł za tamtymi.

 

Kraków, poniedziałek, 25 maja 1992

Było wczesne majowe popołudnie. Wreszcie zawitała prawdziwa wiosna – niebo było czyste, a mlecze na Błoniach błyszczały w blasku słońca jak rozsypane bryłki złota. Mało kto jednak miał czas, by się temu przyglądać i zachwycać soczystymi barwami. Na Alejach ruch już się zatrzymał. Tramwaje dzwoniły na tarasujące przejazd samochody, szczęśliwcy, którym się udało wyjść wcześniej z pracy gnali przed siebie, by zdążyć na następny autobus lub po zakupy. Tylko grupki młodzieży, odreagowującej stres po maturach, snuły się po ulicach bez celu, w poczuciu szczęścia i zupełnej bezkarności.

 

 

Nikt nie zwracał uwagi na trzech mężczyzn, którzy szli wolno aleją Focha, odczytując numery na szarych, noszących jeszcze ślady dawnej świetności, ale mocno zaniedbanych domach. Zatrzymali się przy jednej z furtek, szepcząc coś w podnieceniu. Długą chwilę naradzali się, nim najstarszy z nich zdecydował się nacisnąć dzwonek. Stali w milczeniu, spięci, w jakimś dziwnie uroczystym oczekiwaniu. Wreszcie drzwi z boku budynku otworzyły się. Ze środka wypłynęła najpierw chmura pyłu, a następnie wyjrzała przyprószona bielą głowa mężczyzny w zgrabnym, malarskim kapelusiku.

– Nikogo nie ma w domu! – zawołał, wbrew oczywistej logice. – Proszę przyjść wieczorem!

Przybysze poruszyli się niespokojnie, wymienili uwagi w języku, który przyciągnął ciekawskie spojrzenie przechodzącej właśnie starszawej kobiety z ratlerkiem na smyczy. Nim jednak któryś zebrał się na odpowiedź, głowa mężczyzny wraz z kapelusikiem zniknęła, a drzwi zatrzasnęły się. Chwilę potem, gdy trzej nieznajomi stali jeszcze przed domem, niezdecydowani, a kobieta przy sąsiedniej furtce przesadnie długo szukała kluczy w torebce zerkając na nich podejrzliwie z ukosa, we wnętrzu starej willi rozległ się ogłuszający łomot, a przez uchylone okno na parterze dały się słyszeć krzyki.

Nie porozumiewając się tym razem ani słowem, mężczyźni zrobili w tył zwrot i szybko pomaszerowali w kierunku, z którego przyszli. Wkrótce zlali się z tłumem przechodniów kręcących się koło budek z hot-dogami przy stadionie Cracovii.

***

Staszek Mróz stał w chmurze wirującego pyłu i w osłupieniu wpatrywał się w wyrwę w ścianie, ziejącą tuż obok starego, ceramicznego pionu kanalizacyjnego, który właśnie skończyli odkuwać. Jego współpracownik, ugodzony w stopę odłamkiem muru, miotał się na jednej nodze i klął na czym świat stoi. Na szczęście po drugiej stronie otworu widać było przysypaną ceglanym miałem lodówkę. Zapominając o tym, że naderwana ściana może lada chwila runąć, majster przelazł do kuchni, otworzył zamrażalnik, pogmerał chwilę w jego pokrytych szronem czeluściach, po czym wydobył woreczek z kawałkiem zamrożonego mięsa.

– Przyłóż! – poradził, podając go koledze.

Ściągnął następnie kapelutek i podrapał się z frasunkiem po szpakowatej czuprynie, która na skroniach przybrała teraz rudawy odcień.

Dobrze chociaż, że to nie on stawiał tę ściankę! Musiała powstać w końcu lat sześćdziesiątych, gdy Maksio założył rodzinę i zaszła konieczność urządzenia na dole drugiej łazienki dla starych Petrycych. Z wielkiej kuchni wydzielono wówczas fragment bez okna i jakiś specjalista z Bożej łaski wymurował przepierzenie oraz wykuł otwór na drzwi w ścianie do przedpokoju. Czy to ówczesna zaprawa źle trzymała, czy też majster popełnił błąd w sztuce, nie sposób było teraz orzec. Ale skutki były opłakane. I to nie tylko przez Mareczka, który usiadł wreszcie na środku pobojowiska wsparty plecami o muszlę klozetową, jedną ręką przyciskając przez skarpetkę zamrożone mięso, a drugą rozmazując na policzku łzy bólu, pomieszane z ceglanym pyłem. Znajdowali się przecież w mieszkaniu Ani Petrycy! Ta zaś, z rozsądnej i zawsze sympatycznej dziewczyny, zamieniła się ostatnio w histeryczkę o zgoła nieprzewidywalnych reakcjach. Co zrobi, gdy za kilka godzin wróci do domu i – zamiast czystej, schludnej dziury w łazience oraz wymienionego pionu – zastanie taką demolkę?!

– I co teraz? – zajęczał Mareczek, młodszy o trzy dekady praktykant, wciągający się dopiero w tajniki budowlanego rzemiosła.

Staszek jeszcze jednym spojrzeniem omiótł popękaną ścianę, po czym nasadził swoje tradycyjne nakrycie głowy, złożone ze starej gazety.

– Kujemy! – zadecydował. – I to szybko, bo trzeba ją zwalić i uprzątnąć cały ten bałagan zanim dzieciaki wrócą ze szkoły!

Pewnie nie przejmowałby się aż tak bardzo dzieciakami, ani nawet Anią, gdyby nie wielki sentyment, jaki od czasów własnego dzieciństwa żywił do ich babci, pani Isi. Niebawem miały minąć dwa lata, od kiedy starsza pani zmarła, a Staszek ciągle jeszcze nie mógł uwierzyć, że jej nie ma.

Nie mógł zresztą uwierzyć w wiele innych rzeczy. Na przykład w to, że świętej pamięci Benedykt Petrycy, jej mąż i znany lekarz, był tajnym współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa. Mimo że ponoć istniały na to dowody, Staszek miał wiele wątpliwości. Przecież takie papiery łatwo można sfabrykować! Jeśli tylko komuś zależało na skompromitowaniu profesora, albo jego syna, znanego działacza opozycji, był to najprostszy sposób! Zwłaszcza teraz, gdy tyle się mówiło o lustracji, brudnych sekretach skrywanych w esbeckich teczkach i rzeszach nieujawnionych agentów. Ludzie byli przewrażliwieni, wszędzie węszyli zdradę. Wiadomo – wystarczy rzucić błotem, a trochę brudu zawsze się przyklei. Majster nie wierzył w te pomówienia, znał przecież rodzinę Petrycych od wielu lat. Nie mógł się też nadziwić, że Maksio w sposób bardziej zdecydowany nie bronił czci swojego przybranego ojca. Może to i lepiej, że pani Isia nie dożyła tej chwili?

Chociaż od wielu dni bywał co dzień w domu przy alei Focha, Staszek nie miał jeszcze okazji poruszyć tego tematu. Ba, nawet w sprawie remontu nie bardzo miał z kim gadać! Gospodarz – lekarz na etacie w klinice i radny Krakowa – był ostatnimi czasy tak zabiegany, że obowiązki związane z prowadzeniem domu musiały przejąć dzieci. I zrobiła to nie rozhisteryzowana, zajęta tylko sobą Ania, ale dwójka najmłodszych – Gabrysia i Franek. Spisywali się na medal, częstowali go świetną kawą, a od czasu do czasu nawet obiadem. Bo nie każdego dnia był teraz u Petrycych gorący obiad na stole...

Staszek kuł zawzięcie, tynk odpadał płatami, a zaprawa osypywała się jak piasek, w ogóle nie trzymając cegieł. Może i dobrze, że to to dziś runęło, w przeciwnym razie komuś mogłaby się stać krzywda. A ta rodzina dość już w ostatnim czasie przeżyła dramatów.

Nikt mu tego wprawdzie nie powiedział wprost, ale Staszek Mróz miał oczy, uszy i głowę na karku. Potrafił wyciągać wnioski z tego, co widział i słyszał. Wniosek zaś nasuwał się jeden – że biednego Maksia opuściła żona...

 

zdjęcia z zasobów Narodowego Archiwum Cyfrowego oraz Muzeum Historycznego Miasta Krakowa o sygnaturach SM0_2-6327, MHK-1420-N2, MHK 2480-N2

***

Tom IV "Sagi rodu Petrycych" - w przygotowaniu :)

Komentarze i opinie

6 komentarze(y) - Pokaż | Dodaj swój
Share this file wikio : Share this file | digg : Share this file | del.icio.us : Share this file | facebook : Share this file | scoopeo : Share this file | blogmarks : Share this file | additious : Share this file |
Share the latest files Netvibes : Share the latest files | iGoogle : Share the latest files | My Yahoo : Share the latest files | wikio : Share the latest files | RSS : Share the latest files |
Next file: "Zielona godzina"