mirosława kareta

Już wkrótce

17/10/2016 - Read 2464 times
Moja ciocia Józefa była zwykłą wiejską dziewczyną. W pewnym sensie została nią do końca życia. Nikt w rodzinie nie nazywał jej inaczej jak Józią lub ciocią Józią. Przez lata pracowała w zamożnych mieszczańskich domach, mimo to nigdy nie stała się mieszczanką.
Zapukałam do jej drzwi w listopadzie 1914 roku. Wcześniej widziałyśmy się dwa razy, ale były to spotkania bolesne, pełne emocji, łez i żalu. Wprawdzie w niczym nie zawiniłam, jednak czułam, że historia rodzinna w jakimś stopniu obciąża i mnie, rzutuje na moje relacje z osobą, która była moją ciotką, a której praktycznie nie znałam. Zapewne nigdy bym się nie zdecydowała szukać u niej pomocy, gdyby nie okoliczności. Miałam piętnaście lat i wydawało mi się, że jestem już dorosła i zawsze sobie poradzę. Wtedy jednak, być może po raz pierwszy w życiu, znalazłam się w sytuacji bez wyjścia. Całkowicie bezsilna, opuszczona i pozbawiona opieki w groźnym, chaotycznym świecie, który właśnie wypadł z utartych torów i w jakimś obłędzie pędził przed siebie, bez celu, ku samozagładzie.
Od kilku miesięcy trwała wojna, która już wkrótce zyskała przydomek „wielkiej”…

Nowa saga - w przygotowaniu :)

Droga Pani Renato, dziękuję za wpis na mojej stronie i pytanie o kontynuację Sagi rodu Petrycych. Dziękuję też wszystkim Czytelnikom, którzy wcześniej pozostawili swoje pozytywne opinie w księdze gości. Każdy z tych wpisów sprawił mi wielką radość!

Polubiłam tę rodzinę i też byłoby mi ciężko się z nią rozstać. Tak, myśl o kontynuacji, już w bardziej współczesnych czasach, z nowymi pierwszoplanowymi bohaterami, krąży mi po głowie. Rzecz jednak wymaga i czasu, i przemyślenia, i wreszcie... ogromnej pracy :) Mam jednak nadzieję, że uda mi się ten pomysł kiedyś zrealizować.

Na razie napisałam pierwszy tom sagi o prostej wiejskiej dziewczynie, która żyła w drugiej połowie XIX wieku. Zrządzeniem losu - czy raczej mojego pióra - znalazła się w bliskim otoczeniu osób, które w jakimś stopniu odcisnęły swój ślad w polskiej historii i kulturze. Była świadkiem zdarzeń, które do dziś pobudzają naszą wyobraźnię...

***

Urodziła się w 1864 roku. Był to smutny rok, roku upadku powstania styczniowego. Dziesięć dni wcześniej na stokach Cytadeli Warszawskiej stracono Romualda Traugutta.

– Dziecko, a kto tam u nas, na wsi w Galicji, wiedział o Traugutcie?! – powiedziałaby moja ciocia na takie rozpoczęcie jej historii, i zapewne by miała rację.

Dzień narodzin Józi, piętnastego sierpnia, ludzie zapamiętali bardzo dobrze z tego powodu, że niedaleko, na przeprawie przez Wisłę w Czernichowie, doszło wtedy do tragedii, w której zginęło ponad sto osób. Wiele lat później w starych numerach „Czasu”, moja ciocia trafiła na informację o tym zdarzeniu. Zdziwiona, że te pożółkłe papierzyska mają tyle lat, co i ona, wycięła interesujący ją fragment i wkleiła w swój kalendarz. Tam zaś znalazłam go ja.

Wczoraj wieczór wielkie nieszczęście zdarzyło się pod Czernichowem na Wiśle. Wracając z Kalwaryi Zebrzydowskiej z odpustu na Wniebowzięcie, gromady pobożnych ze wsi okręgu krakowskiego po lewej stronie Krakowa leżących nie zwykły iść na Kraków, lecz najprostszą drogą zdążają ku Wiśle i przeprawiają się na tamtejszy brzeg pod Czernichowem, gdzie stały jest przewóz. Tak było i wczoraj.

Aby wielką liczbę osób na raz przeprawić przez rzekę, która właśnie tego wieczora nagle wezbrała, użyto nie zwykłego promu przewozowego mogącego pomieścić kilkadziesiąt osób, lecz krypy, na którą ładuje się zwykle 600 korcy pszenicy. Na krypę tę wsiadło na prawym brzegu Wisły z jakie 300 włościan obojej płci, tudzież Żyd dzierżawca przewozu z wódką dla szynkowania jej podczas przeprawy. Była godzina 8 wieczór. Wioślarze podobno pijani, nie dosyć umieli oprzeć się silnemu prądowi wody, takiż zamiast do zwykłej przystani, wpadli na galar stojący na tutejszym brzegu poniżej przewozu i tak silnie weń uderzyli, że krypa napełniona ludźmi rozbiła się. Część krypy załamała się wraz z ludźmi, a druga część poszła z wodą. Za temi rozbitkami puszczono się galarem, z których prawie wszystkich wyratowano, lecz z tych co wpadli do Wisły zaraz po przełamaniu się krypy, część tylko zdołała się ocalić lub ocaloną została.

Ile osób utonęło, tego jeszcze wiedzieć nie można; w miejscu utrzymują, że najmniej 100 osób, jeźli nie więcej. Włościanie czernichowscy przybiegli na pomoc tonącym i wyratowanych umieścili po domach swoich, nawet i tych których spodziewano się przywrócić do życia. Z Liszek przybył lekarz dla opatrzenia chorych, tudzież trzech żandarmów. Krypa użyta do przewozu ludzi, lubo przeznaczona pod ciężar, niebyła wszelako, jak mówią, tak zbudowana, jak winien być zbudowany prom i dlatego szturchnięcie nią o inny galar wystarczyło, aby ją rozbić.

Większa część osób utonionych pochodziła z Czułówka, Kaszowa i Nowej Góry; reszta z innych wsi, a byli między nimi także włościanie z najbliższych okolic Królestwa Polskiego. Dzierżawca przewozu, który płynął również na krypie, został wydobyty żywo z wody.[1]

Jeszcze wiele lat później starzy ludzie w Czernichowie i okolicy wymieniali nazwiska osób, które wtedy zginęły. Ale czas zaciera wszystko, nawet ludzkie wspomnienia. Teraz już nikt nie pamięta o tamtej katastrofie, a i ja przypomniałam sobie o niej tylko dlatego, że znalazłam wycinek w kalendarzu cioci.

***

Być może już niedługo będę mogła podzielić się informacjami o czasie i miejscu wydania nowej Sagi :)


[1] Czas, 1864, nr 113, s. 3. Autor artykułu przez pomyłkę nazwał Nową Wieś - Nową Górą.

 

Komentarze i opinie

1 komentarz - Pokaż | Dodaj swój
Share this file wikio : Share this file | digg : Share this file | del.icio.us : Share this file | facebook : Share this file | scoopeo : Share this file | blogmarks : Share this file | additious : Share this file |
Share the latest files Netvibes : Share the latest files | iGoogle : Share the latest files | My Yahoo : Share the latest files | wikio : Share the latest files | RSS : Share the latest files |