mirosława kareta

już wkrótce

Moja ciocia Józefa była zwykłą wiejską dziewczyną. W pewnym sensie została nią do końca życia. Nikt w rodzinie nie nazywał jej inaczej jak Józią lub ciocią Józią. Przez lata pracowała w zamożnych mieszczańskich domach, mimo to nigdy nie stała się mieszczanką.
Zapukałam do jej drzwi w listopadzie 1914 roku. Wcześniej widziałyśmy się dwa razy, ale były to spotkania bolesne, pełne emocji, łez i żalu. Wprawdzie w niczym nie zawiniłam, jednak czułam, że historia rodzinna w jakimś stopniu obciąża i mnie, rzutuje na moje relacje z osobą, która była moją ciotką, a której praktycznie nie znałam. Zapewne nigdy bym się nie zdecydowała szukać u niej pomocy, gdyby nie okoliczności. Miałam piętnaście lat i wydawało mi się, że jestem już dorosła i zawsze sobie poradzę. Wtedy jednak, być może po raz pierwszy w życiu, znalazłam się w sytuacji bez wyjścia. Całkowicie bezsilna, opuszczona i pozbawiona opieki w groźnym, chaotycznym świecie, który właśnie wypadł z utartych torów i w jakimś obłędzie pędził przed siebie, bez celu, ku samozagładzie.
Od kilku miesięcy trwała wojna, która już wkrótce zyskała przydomek „wielkiej”…

Nowa saga - w przygotowaniu :)